APOCALYPTICA Shadowmaker

Apocalyptica Shadowmaker recenzjaAPOCALYPTICA
Shadowmaker
2015

Apocalyptica, grupa muzyczna wykonująca szeroko pojętą muzykę heavy metalową z elementami muzyki poważnej, zadebiutowała jako kwartet smyczkowy krążkiem Plays Metallica by Four Cellos z 1996 roku zawierającym instrumentalne interpretacje utworów Metalliki. To było coś świeżego na rynku i do dzisiaj album ten pozostaje największym komercyjnym sukcesem Finów (ponad milion przedanych egzemplarzy). Jednak jak długo można próbować grać metal na wielgaśnych wiolonczelach bez zanudzania słuchacza? Z czasem więc kapela zmieniała się wykorzystując perkusję (w 2003 roku bębniarz zagościł w składzie na stałe) i zapraszając do współpracy różnych wokalistów. Najpierw zaśpiewała Nina Hagen (utwór Seeman z repertuaru Rammstein), potem Lauri Ylönen z grupy Rasmus oraz lider HIM Ville Valo (utwór Bittersweet). Gości było więcej, zaś od 2014 roku kwartet z Helsinek współpracuje z byłym wokalistą formacji Scars on Broadway Frankym Perezem, który śpiewa wszystkie kawałki na nowym albumie. I tak oto doszliśmy do Shadowmaker – pierwszej od 5 lat płyty zespołu, zarazem pierwszej wydanej nakładem Better Noise Records, czyli poza skrzydłami wielkich koncernów Universal i Sony Music.
Ten wstęp miał zobrazować drogę, jaką przebyła Apocalyptica przez ponad 20 lat istnienia. Muzycy może przestali już być tak oryginalni jak na początku (aż 2/3 albumu to zwykłe rockowe piosenki), ale czasy inne, potrzeby rynku inne i panowie wreszcie to zrozumieli. Czy to zdrada stylu i komercjalizacja, czy też rozwój i odwaga w badaniu nowych terenów – każdy musi sam ocenić. Na pewno płytą Shadowmaker Finowie dali fanom do myślenia. Po raz pierwszy zatrudnili wokalistę, dzięki czemu utwory zachowują pewną spójność, i chociaż muzycznie są trochę od sasa do lasa, a Perez wokalnie nie porywa (poza jednym wyjątkiem), jest to na pewno jakaś nowa wartość. Problemem są same kompozycje – nagrania z partią wokalną na siłę chcą być radiofriendly, co wychodzi trochę bezpłciowo, bo podobnie grających kapel są setki, jak nie tysiące. Na szczęście są też 4 kompozycje instrumentalne, i te biją piosenki na głowę. Tu wreszcie Apocalyptica jest sobą, wiolonczele nie są schowane gdzieś w tle i mogą trochę poszaleć. Trwające po 7-8 minut Riot Lights, Till Death Do Us Part i przede wszystkim Reign Of Fear ratują album przed nijakością. Na przykład taką, jaką zaoferował Cold Blood – hicior poprawnie napisany, melodyjny, ale spróbujcie go zapamiętać. Już lepszy jest utwór tytułowy z porywającą rozbudowaną partią instrumentalną w drugiej części czy mocarny, hardrockowy House Of Chains i utrzymany w podobnym klimacie Come Back Down. Z kolei 10-minutowa ballada Dead Man’s Eyes to popis wokalny Pereza, szkoda tylko, że od połowy nagrania nic się nie dzieje, a 4 minuty szumów i pogłosów można było sobie darować. Reszty przez grzeczność nie wymienię bo są to dość banalne piosenki i trzech fińskich wiolonczelistów, absolwentów Sibelius-Akatemia powinno być stać na bardziej ambitne formy. Przynajmniej do tego nas przyzwyczaili. Dobrze by było, gdyby na kolejnym krążku panowie zdecydowali się, w którą chcą pójść stronę, i nie serwowali takiej huśtawki nastrojów. Mimo tych uwag Shadowmaker to całkiem przyzwoita płyta. Może nie w całości, lecz jest tu wystarczająco dużo muzyki godnej uwagi. Lepszej i bardziej wyrazistej niż ta na poprzednich trzech albumach.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: