NIGHTWISH Endless Forms Most Beautiful

Nightwish Endless Forms Most Beautiful recenzjaNIGHTWISH
Endless Forms Most Beautiful
2014

„Nie ma Tarji Turunen, nie ma Nightwish – bolesna prawda, z którą trzeba się pogodzić” – tak jeden z fanów skomentował moje zachwyty nad Imaginaerum, poprzednią płytą fińskiego zespołu. Wiele osób nadal tak twierdzi, w końcu Tarja występowała w kapeli przez 10 lat od początku jej istnienia, a rozstano się z nią w niezbyt miły sposób. Jej następczyni Anette Olzon śpiewała tylko na 2 albumach, zaś od 2013 wokalistką zespołu jest Holenderka Floor Jansen. W Nightwish to jednak Tuomas Holopainen pociąga za sznurki, on jest wyłącznym autorem poetyckich tekstów i większości kompozycji, on też podejmuje wszelkie decyzje personalne. Tarji już dawno nie ma, koniec, kropka, i najwyższy czas się z tym pogodzić. Nightwish bez niej działa od 10 lat i radzi sobie całkiem nieźle, czego dowodem najnowszy krążek Endless Forms Most Beautiful (tytuł to cytat z dzieła Karola Darwina O powstawaniu gatunków).
Podczas słuchania nowych nagrań grupy siłą rzeczy narzucają się porównania do poprzednich dokonań, zwłaszcza wspomnianego Imaginaerum, który poprzeczkę zawiesił bardzo wysoko. Nie podejmuję się ocenić, czy Endless Forms Most Beautiful to album lepszy. Imaginaerum to był bardzo ambitny projekt (poza płytą ukazał się też film), wydawnictwo absolutnie wyjątkowe w historii zespołu. Nowy krążek jest po prostu bardzo dobry, i to wystarczy. Kompozycje podobne w charakterze, utrzymane na zbliżonym poziomie, a nowa wokalistka sprawdza się znakomicie. Po wysłuchaniu wszystkich 11 nagrań już nikt nie powinien wzdychać za Tarją, a dzięki Floor zespół ma szanse zdobyć nowych fanów, którzy dotychczas nie trawili operowego śpiewu pierwszej wokalistki. Poniekąd należałem do tej grupy – nie lubię, gdy wokal spycha na dalszy plan muzykę, a tak często było na wczesnych płytach Finów.
Na Endless Forms Most Beautiful materiał jest nieco mocniejszy i zdecydowanie bardziej przebojowy niż na poprzedniku. Zapowiadał to już znakomity singel Élan lecz chwytliwe melodie i bardziej metalowe brzmienie (na szczęście Finowie przestali przesadzać z chórami i symfoniczną oprawą – ona nadal jest, ale już tak nie dominuje) są cechami niemal wszystkich kawałków, weźmy choćby utrzymany w celtyckiej melodyce My Walden z fletem, kobzami i dudami, typowy dla Nightwish Alpenglow czy hitowy do bólu Edema Ruh. Jest też urokliwa ballada Our Decades In The Sun (chociaż w języku Nightwish to określenie niekoniecznie oznacza to samo) i mroczny, orkiestrowy instrumental The Eyes Of Sharbat Gula, jednak serce płyty jest stricte metalowe i to słychać niemal od pierwszych dźwięków świetnego Shudder Before The Beautiful. Niemal – bo zaczyna się inwokacją profesora Dawkinsa, wielkiego przyrodnika, idealnie pasującego do albumu poświęconego refleksji nad siłami ewolucji. Ten głos powróci jeszcze w finałowej kompozycji, 24-minutowej suicie The Greatest Show On Earth. To taki Nightwish w pigułce – wielki, patetyczny i wielowątkowy utwór, z pewnością znakomity choć uczciwie przyznam, że wolę nieco krótsze formy: wyrazisty riff napędza orkiestrowy Yours Is An Empty Hope z kapitalnym przełamaniem w połowie utworu, z kolei kompozycja tytułowa to już heavy metal w czystej postaci. Obok openera to mój ulubiony fragment albumu. I tak oto wymieniłem niemal wszystkie kawałki, co najlepiej dowodzi, jak dobra i równa to płyta. Pełna rockowej energii, gitarowo-klawiszowych dialogów i udanych melodii. Ma wielkie szanse nie tylko zadowolić starych fanów, lecz także pozyskać nowych.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: