TEA PARTY The Ocean At The End

Tea Party Ocean At The End recenzjaTEA PARTY
The Ocean At The End
2015

Kanada nie słynie z kapel rockowych – gdyby tak poszukać tych najbardziej znanych, to poza Rush niewiele przychodzi do głowy. Na pewno mało kto wymieni Tea Party, a to w kraju klonowego liścia jedna z popularniejszych formacji lat 90. Działała do 2005 roku oferując bogate, okraszone licznymi elementami wschodniej muzyki etnicznej brzmienie nawiązujące do bluesowych klimatów spod znaku Led Zeppelin, a za sprawą charyzmatycznego wokalisty Jeffa Martina – także do The Doors. Po wydaniu 7 albumów na skutek różnic artystycznych zespół się rozpadł, lecz kilka lat później panowie zagrali razem kilka koncertów i tak im się to spodobało, że reaktywowali kapelę i historia Tea Party nieoczekiwanie ma swą kontynuację. Jesienią 2014, po 10 latach przerwy, na rynku pojawił się nowy album zespołu The Ocean At The End.
Nie robiłem sobie wielkich nadziei, że muzycy powrócą do kapitalnego grania i ambitnych brzmień z początku kariery, raczej obawiałem się powtórki z kompletnie bezbarwnego albumu Seven Circles z 2004 roku. Prawda jak zwykle leży pośrodku – nie jest aż tak źle jak 10 lat temu, lecz też nie bardzo mamy się czym zachwycać. Z jednym wyjątkiem, o czym później. Jeśli słuchacz nie zna twórczości Kanadyjczyków, na pewno oczaruje go mroczny głos Jeffa Martina, coś pomiędzy Jimem Morrisonem z The Doors, Ianem Astbury z The Cult i Andrew Eldritchem z Sisters Of Mercy. Muzyka pozostała stricte rockowa, z progresywnymi i folkowymi urozmaiceniami, które ubarwiają kompozycje. Te jednak nie wypadają zbyt atrakcyjnie i nie pozostają w głowie na dłużej. Cieszą orientalizmy w The 11th Hour czy bębny w Brazil, ale całościowo może się podobać co najwyżej dynamicznie galopujący opener The L.O.C. oraz lekko industrialny, bogato zaaranżowany Submission. To bardzo konkretne melodie, jednak clou programu stanowi kompozycja tytułowa, i to jest ten wspomniany wyjątek znacznie podnoszący wartość wydawnictwa. 9-minutowy The Ocean At The End to prawdziwy rockowy killer, niezwykle klimatyczny, ze stonowanym początkiem, subtelną elektroniką i rozbudowaną, porywającą partią gitarową. Koniec płynnie przechodzi w zamykający płytę ambientowy instrumental Into The Unknown, który daje chwilę wytchnienia i stanowi piękne zwieńczenie albumu. Całkiem przyzwoitego albumu, którym Tea Party przypieczętowali swój powrót do życia i udowodnili, że nadal mają coś do powiedzenia. Liczę na kontynuację kariery z bardziej wyrazistymi piosenkami, a słuchaczom polecam koniecznie sięgnąć do płyt z lat 90. czyli z czasów świetności zespołu.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: