STATE URGE White Rock Experience

State Urge White Rock Experience recenzjaSTATE URGE
White Rock Experience
2013

Z drobnym opóźnieniem (ale jakie to ma znaczenie?) dotarłem do debiutanckiego krążka gdyńskiego kwartetu State Urge i szybko nadrabiam zaległości opisując tę wspaniałą płytę, która w 2013 roku umknęła mojej uwadze. Nie da się dotrzeć do wszystkiego, bo przecież komercyjne radia omijają młode polskie artrockowe kapele – wolą lansować tandetne plastikowe gwiazdeczki i pustych pseudocelebrytów, lecz to budujące, jak dużo dobrej rockowej muzyki powstaje nad Wisłą. Może i mało kto ją usłyszy, ale cieszmy się, jeśli to właśnie my należymy do wybrańców. Zawartość krążka sami muzycy określili jako „swoisty manifest, protest przeciwko przygnębiającemu odejściu od ideałów muzyki, która może być piękna i przejmująca. To tęsknota za prawdziwym, rockowym, niczym nieskrępowanym graniem.” Trafili w sedno – dokładnie taki jest White Rock Experience. Gdyby powstał w latach 70. w Anglii, byłby dzisiaj jednym z klasyków rocka. Powstał jednak w Polsce w czasach, gdy mało kto ceni artystyczne granie i przeszedł bez wielkiego echa. Cóż – takie życie.
50 minut urzekającej, przepełnionej emocjami muzyki. 8 małych rockowych arcydzieł. To progrockowe granie bardzo przyjazne dla słuchacza, choć przecież gatunek jako taki do łatwych nie należy. Dominuje łagodny wokal i wyrazista, momentami dość surowo brzmiąca gitara Marcina Cieślika, lecz klawisze Michała Tarkowskiego i gitara basowa Krystiana Papiernika także pełnią ważną rolę. Wyraźnie czuć tu ducha wczesnego Pink Floyd – wszak muzycy State Urge nie kryją fascynacji tą formacją, lecz dosłownych cytatów brak (aczkolwiek solówki gitarowe w finale znakomitego Tumbling Down mocno kojarzą się ze środkową partią suity Echoes), a ponieważ sami określają swą muzykę mianem „white rock„, pozostańmy przy tym dziwnym terminie i nie szukajmy na siłę punktu odniesienia. Miłośnicy Genesis, Camel czy Archive i tak wiedzą, o co chodzi, przeżyją tu wiele uniesień, a może i łezka niekiedy się zakręci? Spośród dojrzałych, bogato zaaranżowanych, wielowątkowych kompozycji trudno jakąś szczególnie wyróżnić, to bowiem niezwykle spójna i równa płyta z hardrockowymi zagrywkami (Seven Gaze), elementami space rocka (Third Wave Of Decadence) czy psychodelii – taki właśnie transowy charakter ma kapitalnie zbudowany kawałek Illusion ze świetną linią basu. Fantastycznymi solówkami gitarowymi porywa Time Rush i zamykający całość All I Need, zaś ujmująca ballada Long For You z celowym syntetycznym bałaganem w końcówce pod względem konstrukcji przywołuje na myśl najpiękniejsze nagrania Archive z czasów, gdy ta kapela jeszcze nie pobłądziła. Mniejsza o skojarzenia, bo State Urge w każdym z nagrań dodaje coś od siebie, jest tu sporo nowoczesnych elementów, niebanalnych improwizacji i dość odważnych wstawek, dzięki czemu ten krążek nie jest w stanie znudzić nawet przy wielokrotnym słuchaniu. Przeciwnie, za każdym razem zachwyca bardziej. Panowie mocno wyśrubowali poziom swojego debiutu, nawet im ciężko będzie  to przebić.
White Rock Experience ma tylko jedną poważną wadę – trwa 50 minut, a chciałoby się jeszcze. Polecam wybrać się na któryś z koncertów zespołu – tam solówki są rozbudowane, utwory dłuższe, a dochodzą jeszcze walory wizualne, o które ubrani na biało „whiterockowi” muzycy wyjątkowo dbają.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: