DYNAMITE Blackout Station

Dynamite Blackout Station recenzjaDYNAMITE
Blackout Station
2014

Jak daleko może się posunąć prostota w muzyce, aby była akceptowalna i nawet chwalona? Jeśli chodzi o rock’n’roll – bardzo daleko i można tu przytoczyć wiele przykładów. Ja pozostanę przy jednym i najważniejszym, jeśli chodzi o muzykę hardrockową: AC/DC. Każdy fan rocka zna tę nazwę i styl australijskich chłopaków, którzy w drugiej połowie lat 70. zawojowali świat. Wielu próbuje ich naśladować i niektórym wychodzi to całkiem zgrabnie (Airbourne chociażby), bo popyt na proste rockowe granie nie maleje, a królowie już dawno abdykowali. Spieszę więc donieść, że nowy krążek starego, dobrego AC/DC, tego jeszcze z czasów Bona Scotta, właśnie się ukazał pod szyldem Dynamite. Nie szkodzi, że to kapela ze Szwecji, że zamiast Scotta śpiewa Mattis Karlsson (bo robi to znakomicie), a Angusa Younga na gitarze zastąpił Sebastian Hed-Plikas – duch jest ten sam, riffy ogniste, melodyka identyczna, brzmienie oldskulowe, a kompozycje szybkie i porywające. Są podobnie zbudowane i trudno je odróżnić, ale przecież tak samo było na pierwszych krążkach AC/DC i nikomu to nie przeszkadzało. Ostra jazda trwa od pierwszego do ostatniego kawałka, a ich tytuły nie mają żadnego znaczenia. Zabawa jest przednia, jeśli tylko nie szukacie w rocku psychodelicznych odjazdów czy gitarowych łamańców. Dynamite (nazwa kapeli trafia w sedno) proponuje muzykę idealną na imprezę czy do auta, a 10 rockowych petard potrafi nieźle skopać dupsko. Czasem właśnie tego potrzeba! Na koniec dodam, że to nie pierwszy krążek Szwedów – debiutowali rok temu albumem Lock N Load.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: