ATLETICO-REAL 1-0 Blamaż Królewskich i Atlético zdobywcą Superpucharu Hiszpanii

Marzenia Realu Madryt o wygraniu w tym sezonie 6 trofeów legły w gruzach już na samym starcie rozgrywek, ponieważ na Vicente Calderón Królewscy przegrali z lokalnym rywalem i to Atlético zdobyło Superpuchar Hiszpanii, a jedyną bramkę spotkania strzelił już w 2 minucie Mario Mandžukić. Okazuje się więc, że łatwiej wygrać Superpuchar Europy niż zostać najlepszym na krajowym podwórku. Real przegrał mecz, który miał obowiązek wygrać. Nie tylko dlatego, że kupuje wielkich gwiazdorów za wielkie pieniądze, lecz głównie z powodu osłabień drużyny Diego Simeone, która latem straciła 4 czołowych graczy, podczas gdy ekipa Ancelottiego gra niemal w niezmienionym składzie. Na boisku tego nie było widać. To Rojiblancos byli świetnie zorganizowani, każdy z piłkarzy (również ci nowi) wiedział dokładnie, co ma robić, do tego na tle ślamazarnych i pozbawionych weny graczy Realu wyglądali na świeżych i wypoczętych. Okazuje się, że to wystarczyło, by Atlético pod wodzą argentyńskiego trenera zdobyło swój 7 tytuł. W tym samym czasie przepłacony Real wygrał 6 trofeów. Nie pomogło pół miliarda inwestycji, bo inteligencji boiskowej i chęci do wygrywania nie można kupić za żadne pieniądze. Za 100 milionów, które tego lata Real wydał na Jamesa i Kroosa, Simeone kupił kilku nowych zawodników, którzy natychmiast wkomponowali się w styl gry drużyny. Bo Atlético w przeciwieństwie do Królewskich ten styl posiada. Może nie jest on efektowny, ale za to piekielnie skuteczny. Może autobus ustawiony w polu karnym denerwuje widza i zabija piękno gry, jednak dyscyplina taktyczna budzi szacunek. Los Colchoneros bronią się całą drużyną, ale gdy przechodzą do ataku, przesuwają się strefą i są zabójczo skuteczni. To gospodarze oddali więcej strzałów niż Real i byli bliżsi podwyższenia wyniku (na początku 2 połowy piłkę odbitą od poprzeczki Casillas w ostatniej chwili wybił spod nóg Mandžukicia). Po stronie Blancos odnotowaliśmy 3 celne strzały – to chyba wystarczy za cały komentarz. Najbardziej bramkostrzelna drużyna Europy z poprzedniego sezonu zdobyła w dwumeczu 1 gola!
Na koniec refleksja natury ogólnej po tym smutnym spotkaniu. Już nie chodzi o ilość trofeów (bo z taką grą Real niczego nie wygra – ale przecież początek poprzedniego sezonu był jeszcze gorszy, a finał całkiem sympatyczny) tylko o to, by można było z przyjemnością patrzeć na grę madrytczyków (tych z Bernabéu rzecz jasna). Na razie to są męczarnie i nie można się usprawiedliwiać początkiem rozgrywek i brakiem zgrania drużyny. Skład jest stary, zawodnicy się znają, powinni grać na pamięć, być wypoczęci i spragnieni gry. Tymczasem takie wrażenie zostawiło Atlético, zaś Królewscy wyglądali, jakby wciąż byli na wakacjach. Może to wina tylko 4 meczów w pretemporadzie, notabene niemal wszystkich przegranych? Nie ma sensu gdybać bo już się wiele nie zmieni, a jeśli to tylko na gorsze (bo na pewno odejdzie Di María – na tę chwilę jedyny kreatywny zawodnik). Ancelotti dalej nie widzi (albo udaje, że nie widzi) potrzeby wzmocnienia ofensywy drużyny i nie sądzę, by żałosny dwumecz z lokalnym rywalem zmienił jego zdanie. Dalej będzie twierdził, że ma napastnika i nie szkodzi, że ten nie strzela bramek. Ostatni raz Benzema trafił do siatki 4 miesiące temu (!), dzisiaj zaś snuł się po boisku i może ze dwa razy dotknął piłkę. Po co ma się facet wysilać, skoro niedawno podpisał nowy, lukratywny kontrakt? Równie dobrze mógłby z przodu grać pan Iksiński z Pcimia. Niewidoczny był również wprowadzony dopiero w 2 połowie Cristiano Ronaldo, nie popisał się też Bale, który ma kłopoty z minięciem jakiegokolwiek zawodnika, a wtedy jego szybkość na nic się nie przydaje. W ataku pozycyjnym potrzebne są inne umiejętności. Różnica między tą dwójką a Francuzem jest jednak zasadnicza – Bale i Cris miewają gorsze chwile, ale wrócą do formy, a Karim po prostu jest za słaby na Real i lepszy nigdy ne będzie. Pozyskanie dobrego napastnika powinno być priorytetem (jak w Barcelonie, która zaczęła zakupy od wzmocnienia i tak silnej przecież ofensywy) i widzą to wszyscy poza ślepym Ancelottim i Perézem, który kiedyś kupił Francuza i nigdy nie przyzna, że to europejski średniak, a nie rasowy killer.
Real gra źle i widać to było także w Warszawie (oby słowa włoskiego komentatora „jacy oni są słabi” nie były prorocze). Wprawdzie wygranie Superpucharu Europy trochę zamydliło oczy, ale tam Real też nie zachwycił. Owszem, w pełni kontrolował mecz ale głównie dlatego, że Sevilla nie podjęła walki i nie wierzyła w możliwość zwycięstwa. Wydaje się, że to trener jest kluczem do sukcesu. Ancelotti nie żyje meczem jak Simeone – on sobie spokojnie siedzi myśląc, że i tak wygra, bo ma świetną kadrę. Kadra jest dobra (nawet z Benzemą), ale trzeba jej zaszczepić chęć wygrywania, zostawiania płuc na boisku, grę z pierwszej piłki, rozwiązania niestandardowe, itp. To jest rola trenera. To zrobił Simeone, to zrobił Klopp, i cała masa innych szkoleniowców, którzy przecież nie dysponowali tak dobrą kadrą jak Carletto, a jednak potrafili swoje drużyny świetnie zorganizować i wykrzesać z zawodników maksimum. Bez tej pracy w Realu nie bardzo widzę wyniki na miarę oczekiwań i wydanych setek milionów. Nie sztuka kupić gwiazdy – sztuką jest zmusić opływających w luksusy i mających bajeczne kontrakty milionerów do wysiłku, i zrobić z nich zgraną drużynę. Ta sztuka się Ancelottiemu jeszcze nie udała. Twierdzę tak niezależnie od świetnych nastrojów w szatni i sukcesu w Lidze Mistrzów.
Dzisiaj widać było jak na dłoni jeszcze jedną rzecz – mówi się, że Real ma wyrównaną kadrę i mocną ławkę rezerwowych. Nic podobnego. Jeśli odejdzie Di María, a na boisku występują Alonso, Modrić i Kroos oraz trio BBC z przodu, to kto ma ich wzmocnić? Illarramendi? Może Arbeloa czy Khedira? Nie ma tam nikogo wartościowego, kto dałby na boisku nową jakość i odmienił losy meczu. Ten sam problem i ból, z jakim Real zamagał się pod koniec poprzedniego sezonu, wystąpi także w nadchodzącym, bo Królewscy nie mają zmienników. Mecz z Atlético drużyna zaczęła w składzie: Casillas, Carvajal, Varane, Ramos, Coentr?o, Kroos, Alonso, Modrić, James, Benzema, Bale. Trener osłabił ten skład dziwacznymi zmianami. W 2 połowie wstawił CR7, ale zdjął ofensywnego Kroosa zamiast defensywnego i niepewnego Alonso. Potem zamiast śpiącego na boisku Benzemy zabrał Jamesa – jedynego zawodnika, który stwarzał zagrożenie pod bramką rywala (jego 2 strzały tylko minimalnie chybiły celu) i wpuścił Isco, który gdzieś zagubił swój talent i niczego nie wniósł do gry drużyny. W efekcie to Ancelotti ponosi winę za tę porażkę, bo nie potrafił zmotywować piłkarzy, nie przygotował ich do biegania przez 90 minut i jeszcze powyrzucał nowych graczy, którzy mają więcej chęci do gry niż stare wygi. Na dodatek nawet nie powołał gracza, który robi różnicę – Di María najpewniej odejdzie, ale póki co jest graczem Realu i dzisiaj bardzo by się przydał. Zawodnicy wyszli na boisko rozluźnieni i przekonani, że nie muszą się specjalnie wysilać, bo są Realem i przeciwnik padnie przed nimi na kolana. To już nie te czasy panowie. Mimo to jestem przekonany, że na konfenecji prasowej Carletto będzie zadowolony i ani słowem nie zająknie się na temat katastrofalnej formy swoich graczy na samym starcie rozgrywek (przypomnę: tylko 3 celne strzały w meczu i tylko 1 bramka w 2 spotkaniach ekipy, która w poprzednim sezonie strzeliła nawięcej goli w calej Europie). Quo vadis, Carlo?
Od dzisiaj będę próbował na koniec każdego (lub prawie każdego) meczowego komentarza wybrać najlepszego i najgorszego zawodnika spotkania (oczywiście z kadry Realu Madryt). Pod warunkiem, że będzie kogo wyróżnić…


Plus meczu: James
Minus meczu: Benzema

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: