REAL-BARCELONA 3-4 Porażka w El Clásico i koniec pięknej serii

Real Barcelona 3-4 gran derbi 2014 Madryt   Real Madryt przegrał na Estadio Santiago Bernabéu z Barceloną 3-4 i walka o mistrzostwo Hiszpanii zaczyna się od nowa. Licznik meczów bez porażki pod wodzą Ancelottiego zatrzymał się na 31 – tyle spotkań Królewscy rozegrali pomiędzy bezpośrednimi starciami z Blaugraną i to ona przerwała tę wyśmienitą serię. Dzisiaj w Madrycie byliśmy świadkami fantastycznego widowiska i paradoksalnie Real przegrał rozgrywając jedno z najlepszych spotkań w obecnym sezonie. Na Katalończyków to jednak nie wystarczyło. Chociaż nie grali lepiej od gospodarzy, zgarnęli bezcenne 3 punkty, które pozwalają im nadal mieć nadzieję na obronę mistrzowskiego tytułu.
   Mecz rozpoczął się od ataków gospodarzy, ale to Barcelona wyszła na prowadzenie po świetnym strzale Iniesty w 7 minucie. W 12 minucie stuprocentową okazję na wyrównanie zmarnował Benzema, a zaraz potem w sytuacji sam na sam nie trafił Messi. Real grał znakomicie, stosował pressing i odzyskiwał piłkę już na połowie Katalończyków. Niezwykle aktywny był Di María i to po jego wzorcowym dośrodkowaniu w 20 minucie strzałem głową wyrównał Benzema, rehabilitując sie za wcześniejszą sytuację. 2 minuty później kopia poprzedniej akcji – znów Argentyńczyk zagrał do Francuza, ten świetnie opanował piłkę i strzelił na 2-1. Real wyraźnie dominował i po chwili mógł prowadzić 3-1, ale po kolejnej akcji duetu Di María-Benzema futbolówkę z pustej bramki wybił Pique. Szkoda, bo to były najlepsze minuty Realu w całym spotkaniu i była okazja dobić przeciwnika. Kilka minut później Królewscy wyszli ze świetną kontrą w przewadze liczebnej, ale szansę zepsuł Cristiano, który łatwo dał się ograć Pique. Gospodarze dominowali, stworzyli więcej klarownych sytuacji, ale Barcelonie nie trzeba wielu okazji – po jednej z nielicznych Messi w 42 minucie wyrównał. Trzeba docenić świetną akcję gości i dobre wykończenie Argentyńczyka. W 45 minucie główka Benzemy o centymetry minęła bramkę Valdésa – tym samym Francuz miał okazję zdobyć 5 goli w 1 połowie. Strzelił 2 i obok koncertowo grającego Di Maríi był najlepszym zawodnikiem Królewskich. Niewidoczny był Cristiano Ronaldo, nie zachwycał też Bale, jednak to gospodarze byli znacznie lepsi w pierwszej odsłonie spotkania.
Druga nadal toczyła się w niezłym tempie (chociaż Real wyraźnie osłabł i grał fazami – chwilę szybko, potem wolno i niedokładnie, i znów chwilę szybko), a główną rolę niestety odegrał sędzia Undiano Mallenco. Najpierw podyktował jedenastkę dla Realu za faul na Ronaldo, który miał miejsce tuż przed polem karnym – zgoda, to były centymetry i można było nie zauważyć (to jeszcze jeden argument dla skostniałej piłkarskiej centrali, by dopuścić powtórki wideo), ale jednak. Z prezentu skorzystał Cristiano i w 55 minucie dał prowadzenie gospodarzom. Blancos kontrolowali spotkanie do 63 minuty, kiedy to Messi wykonał swoje magiczne prostopadłe podanie do Neymara, ten pomknął na bramkę Lópeza i w polu karnym został zahaczony przez Ramosa. W efekcie sędzia podyktował rzut karny dla Blaugrany, a obrońcę usunął z boiska, tym samym wydając wyrok na Madryt, bo przecież trudno wygrać z Barceloną w 10-tkę. Przyznam, że kilkukrotnie oglądałem powtórkę akcji i jeśli było trącenie Ramosa, to bardzo delikatne. Możliwe też, że Neymar sprytnie zanurkował, bo robi to często i całkiem nieźle. Spryt boiskowy to też część gry, a stary lis Sergio w sytuacji stykowej nie powinien był się tak bezmyślnie zachować i dawać arbitrowi pretekstu do użycia gwizdka. Nie wie, że gdzie Barça nie może – sędzia pomoże? Puszczając Neymara ryzykował wyrównanie (które i tak nastąpiło, bo karnego wykorzystał Messi), a tak dodatkowo osłabił swoją drużynę i praktycznie uniemożliwił jej zwycięstwo. Szczyt głupoty kapitana Królewskich, który w ważnych meczach bywa nieobliczalny i zbyt nonszalancki, a tu zagrał jak nowicjusz i nie po raz pierwszy zawalił mecz Realowi. Taki to kapitan… Największy problem z tą akcją nie polegał na tym, czy Ramos faulował – powinna być przerwana wcześniej, gdyż Neymar w momencie podania był na spalonym, którego nie odgwizdano. Minimalnym, ale jednak. Decydowały centymetry, podobnie jak przy jedenastce dla Realu. Można powiedzieć, że Mallenco oddał to, co zabrał, ale dlaczego osłabił madrytczyków? Dalszy ciąg meczu można było przewidzieć – Ancelotti zdjął Benzemę i wprowadził Varane’a, a Real bronił wyniku licząc na ewentualne kontrataki. To zła, wręcz zabójcza taktyka wobec czujących się wyjątkowo pewnie w ataku pozycyjnym Katalończyków. Goście odzyskali kontrolę nad meczem, ale nie potrafili strzelić kolejnego gola z gry (najbliżej był Alves w 75 minucie uderzając w słupek). Jednak od czego jest arbiter? W 83 minucie podyktował kolejny rzut karny, tym razem za powstrzymanie ataku Iniesty przez duet Alonso/Carvajal. Trudno powiedzieć, który z nich faulował, obaj wzięli go w kleszcze. Bardziej zawalił Xabi, który tego dnia grał słabo (notabene Modrić też nie grał dobrze), nie rządził w środku pola, a teraz niepotrzebnie doskoczył do Iniesty. W Anglii raczej by tego nie gwizdnęli, jednak pan Mallenco był dzisiaj wyjątkowo skrupulatny. Szkoda, że nie był tak dokładny w październiku na Camp Nou, gdy równo z trawą wycięto Ronaldo. Także kilka minut wcześniej puścił faul Pique na Bale’u w sytuacji podobnej do tej z Ramosem – Walijczyk został powalony w polu karnym, ale Mallenco zabrakło odwagi, by po raz drugi skrzywdzić Dumę Katalonii. O to właśnie były do niego największe pretensje, że nie stosował tych samych standardów po obu stronach boiska. Messi po raz drugi trafił z karnego – świetnym strzałem w samo okienko skompletował hat-tricka i powoli goni CR7 w walce o trofeum Pichichi. Wynik już nie uległ zmianie i Real przegrał po raz pierwszy od 31 spotkań. Rekord kadry Beenhakkera z sezonu 1987/88 (34 kolejne mecze bez porażki) nie został pobity.
Niezależnie od wyniku byliśmy świadkami znakomitego spotkania dwóch wielkich drużyn. Grając w komplecie Real z pewnością by tego meczu nie przegrał i mimo porażki zasłużył na wielkie brawa za swoją postawę. Zawodnicy biegali więcej niż zwykle i trudno mieć za złe, że w samej końcówce zabrakło sił (być może zabrakło też wiary), by zaatakować i odwrócić losy meczu. Kto zresztą miał to robić, skoro na boisku nie było już dwóch głównych aktorów widowiska – Karima Benzemy i Ángela Di Maríi? Cristiano był cieniem samego siebie i w niczym nie przypominał najlepszego piłkarza 2013 roku, zaś szybki Bale był skutecznie powstrzymywany przez Albę i po jego rajdach nie było wielkiego zagrożenia. faul Busquets PepeBiegał bardzo szybko, ale bezmyślnie, nic z tego nie wynikało. Walijczyk nie gra dobrze w meczach o stawkę i musi to poprawić. To właśnie słaba postawa dwóch najdroższych piłkarzy świata jest jedną z przyczyn porażki, na równi z totalną głupotą Ramosa, frajerstwem Alonso i fatalną dyspozycją sędziego. Nie ma sensu zwalać na niego winy (bo zawsze można było strzelić więcej goli i zamknąć mecz), ale powinien spisać się lepiej. Wyczulony na faule Królewskich przeoczył brutalny atak Busquetsa, który nadepnął na głowę leżącego Pepe – za takie coś się wylatuje z boiska, wtedy szanse byłyby wyrównane. Może jednak nie miały być. Tak czy inaczej Real przegrał na własne życzenie, bo nie wykorzystał swoich okazji (zaś Barcelona co miała, to strzeliła), a w drugiej połowie wyraźnie odpuścił i stracił wiarę. Zbyt dużo bronił, zbyt mało atakował. Przecież można to robić nawet grając w osłabieniu. To poważny błąd taktyczny bo zamykanie się przed Barceloną nie ma najmniejszego sensu, i tak doświadczony trener jak Carletto powinien to wiedzieć. Chyba niepotrzebnie zszedł Benzema, bo on jedyny miał dzisiaj sytuacje, świetnie się ustawiał i dobrze przewidywał boiskowe wydarzenia. Lepiej było zdjąć bezproduktywnego Bale’a – to też błąd Ancelottiego. Po zejściu Ramosa przygasł Di María i może wcześniej należało go zmienić i wpuścić kogoś świeżego.
Mimo wszystko nie ma powodu do rozpaczy. Mamy to, co mamy, i gdyby ktoś 5 miesięcy temu obiecał punkt przewagi nad Barceloną, bralibyśmy to w ciemno. Było więcej, jest tyle, a Ancelotti i jego Real i tak w ostatnich miesiącach wykonali świetną pracę i nie zmieni tego jedna porażka. Walka o mistrzostwo nabrała rumieńców i chociaż zniknął kilkupunktowy handicap, wszystko nadal zależy od madrytczyków. Mają 70 punktów, tyle samo co rywal zza miedzy i o 1 punkt więcej od Barcelony. Jeśli wygrają pozostałe 9 spotkań, będą mistrzami (chyba że to samo zrobi Atlético). To bardzo trudne zadanie, ale wykonalne. Najbliższy test już w środę na Ramón Sánchez Pizjuán z rozpędzoną Sevillą, która jest obecnie na 5 miejscu w tabeli, a jak widać, z mocnymi drużynami Real sobie nie radzi (tylko 1 punkt na 12 możliwych z bezpośrednimi rywalami do tytułu to rzeczywiście wynik zawstydzający i niepokojący, bo teraz głównie z wielkimi ekipami będzie się mierzył, a w samej lidze poza Barçą i Atlético Real zgubił punkty z Bilbao i Villarrealem, typowymi walczakami, dokładnie takimi jak Sevilla). Wygrana na trudnym terenie z pewnością podniosłaby morale zawodników, teraz bowiem każdy kolejny mecz jest jak finał. Nie sądzę, by do końca rozgrywek dwaj rywale do tytułu zgubili dużo punktów (poza bezpośrednim spotkaniem na Camp Nou, ale to dopiero w ostatniej kolejce, kiedy może być już po herbacie – jeśli Rojiblancos wcześniej się potkną i stracą swoje szanse, nie będą stawiać wielkiego oporu Barcelonie, która teraz dostała wiatru w żagle). Nie może więc gubić ich Real. Właśnie teraz trzeba odpowiednio zareagować i pokazać charakter, bo na odrobienie ewentualnej straty może zabraknąć czasu. Jeśli zawodnicy będą grać tak, jak w pierwszej połowie meczu na Bernabéu, o wyniki mogę być spokojny. Jeśli…
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: