HEAVENS FIRE Judgment Day

Heavens Fire Judgement Day recenzjaHEAVENS FIRE
Judgement Day
2013
altaltaltaltalt

Kolejny wielki rockowy comeback? Może nie do końca, chociaż faktem jest, że swój poprzedni krążek Heavens Fire wydali… 13 lat temu! Historia tej kanadyjskiej kapeli jest tak frapująca, że w skrócie ją przypomnę. Ostateczny skład zespołu (jeszcze pod nazwą Arsin) uformował się w 1998 roku, gdy jego szeregi zasilił gitarzysta i kompozytor JT Harris. Muzycy już jako Heavens Fire podpisali kontrakt z wytwórnią Now and Then Records, wydali debiutancki album The Outside i szykowali światową trasę. Sielankę przerwała nieoczekiwana śmierć perkusisty Mike’a „Mic Mac” MacKinnona. Pół roku później panowie pozbierali się, zabukowano kolejne koncerty, jednak i tym razem tragedia zmieniła plany zespołu. U JT zdiagnozowano raka dając mu zaledwie kilka miesięcy życia. Gdy muzyk pokonał raka, przewlekle zachorował jego ojciec. Czas Heavens Fire dobiegł końca, zanim na dobre się rozpoczął. JT odpuścił granie i przez kilka lat opiekował się ojcem. Do muzyki powrócił jesienią 2009 reaktywując kapelę i pracując nad nowym materiałem, jednak śmierć ojca ponownie pokrzyżowała jego plany. Piosenki były zbyt depresyjne, musiało minąć trochę czasu, by JT napisał utwory, o jakich marzył: mocne, rockowe numery, dobre do słuchania podczas jazdy autem, niosące nadzieję, będące odskocznią od codziennych problemów.
Tak oto doszliśmy do roku 2013, gdy wreszcie światło dzienne ujrzał długo wyczekiwany album. Muzycy nie mieli wokalisty, udało im się jednak namówić do współpracy Darrena Jamesa Smitha z zespołu Harem Scarem. Nie było to proste – dopiero po wysłuchaniu materiału Darren postanowił, że koniecznie chce być częścią tego projektu. Dobrze się stało, bo jego śpiew jest mocny i wyrazisty, bardzo przypomina Davida Lee Rotha, a to bardziej atut niż zarzut. Cała płyta pachnie rockiem lat 80. (Van Halen, Whitesnake, Dokken, itp.), jest ostro ale zarazem melodyjnie i przebojowo, bez popadania w tandetę czy zajeżdżania country. Dwa instrumentale (Awakened na końcu – palce lizać), jedna obowiązkowa ballada (Lost – szału nie ma) i 9 czadowych kawałków, z których już pierwszy Screamin’ (adekwatny tytuł) rozkłada na łopatki. Gdyby dalej było tak samo – byłby to kandydat na płytę roku. Ale i tak jest dobrze, a drugi na płycie All For One nie ustępuje openerowi. Polecam jeszcze The Best I Can i ewentualnie lżejszy, pełen zwrotów Just For Tonight, to w zasadzie wystarczy, by mieć pełny obraz. Równo pracująca sekcja, siarczyste riffy, sporo dobrych melodii, świetny wokal – czego chcieć więcej? Zgoda, potem to nieco nuży, bo pozostałe kompozycje są nieco słabsze, ale nie co dzień jest niedziela. Oby więcej takich niespodzianek. Może w Kanadzie robią kiepskie filmy, ale rocka grają całkiem nieźle.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: