DREAM THEATER Dream Theater

Dream Theater 2013 recenzjaDREAM THEATER
Dream Theater
2013
altaltaltaltalt

Nie co dzień jest niedziela – tak jednym zdaniem podsumowałbym nowy krążek Dream Theater. Grupy, którą bardzo szanuję i lubię od wielu lat. Której koncerty wielokrotnie widziałem i na której każdy album kiedyś czekałem. Dlaczego kiedyś? Ponieważ ta zasłużona kapela najlepsze lata ma dawno za sobą. Zawsze byłem pełen podziwu dla kunsztu muzyków tej amerykańskiej formacji. Gdy Metallica pobłądziła, właśnie Dream Theater był dla mnie numerem jeden z zespołów umiejętnie łączących rock progresywny z heavy metalem. Trochę mi nie leżał śpiew Jamesa LaBrie, ale maestria gitarzysty Johna Petrucciego czy perkusyjne wywijasy Mike’a Portnoya wynagradzały to z nawiązką. Zresztą schemat rozbudowanych, wielowątkowych kompozycji na koncertach był zawsze ten sam: James odśpiewał swoje i znikał za sceną, by zostawić pozostałym muzykom pole do popisu i wtedy zaczynała się prawdziwa uczta. Po kilku minutach wracał, by dośpiewać w końcówce utworu i rozpocząć następny, po czym znowu znikał. Portnoya od 3 lat nie ma w zespole (założył własną formację Winery Dogs), zastąpił go z powodzeniem Mike Mangini.
Swój nowy album Amerykanie zatytułowali nazwą grupy. Zwykle robi się tak przy debiucie, a nie po prawie 30 latach grania. Czy to oznacza nowy początek? Nic z tych rzeczy. „Trudno mi sobie wyobrazić bardziej wyraziste uwypuklenie tego, kim jesteśmy. Zbadaliśmy i wyeksponowaliśmy wszystkie elementy, które uczyniły nas wyjątkowym zespołem, epickie, intensywne, klimatyczne, kinematograficzne. Jesteśmy nieziemsko podekscytowani tą płytą.” Tak o nowym wydawnictwie wypowiada się gitarzysta John Petrucci. Ja podekscytowany nie jestem, bo otrzymałem dokładnie to, czego oczekiwałem, a nie oczekiwałem wiele. Dream Theater od dłuższego czasu zjada własny ogon, grając to samo tak samo. Oczywiście ich albumy nie schodzą poniżej pewnego poziomu (nie nagrają St. Anger ani płyty z Lou Reedem) i jest to całkiem przyzwoity poziom, ale sama techniczna wirtuozeria nie wystarcza. Wyraziste kompozycje tworzyli w latach 90., teraz konia z rzędem temu, kto odróżni utwory z ostatnich krążków. Dobrze się tego słucha, są zmiany tempa, siarczyste riffy, genialne fragmenty, pomysłowe zwroty – wszystko świetnie poza jednym: trudno coś z tego utrwalić w pamięci. Może nadużywam w recenzjach słowa wyrazistość, lecz odkąd panowie zaczęli grywać skomplikowane melodycznie, podobnie skonstruowane kilkunastominutowe utwory, dokładnie tego brakuje ich kompozycjom w XXI wieku.
Zespół Dream Theater to ikona progmetalu i dlatego oczekiwania wobec nich są dość wysokie. Właściwie pod względem wykonawczym trudno płytom zespołu coś zarzucić. Na nowym wydawnictwie wszystko brzmi świetnie, dostajemy solidną porcję muzyki, w sumie niemal 70 minut, w tym 22-minutowa finałowa suita Illumination Theory, zaś na początku – niejako dla przeciwwagi, również suita, ale trwająca… niecałe 3 minuty. False Awakening Suite to zresztą znakomity opener – dzieje się tu wiele, czuć potęgę i moc, a chóry dodają patosu. Potem jest już tradycyjnie, jak na innych krążkach. Utwory utrzymane w typowej dla Dreamów stylistyce, pełne stylistycznych łamańców i popisów instrumentalnych, w których technika i sprawność muzyków bierze górę nad melodią. Melodii też jest dużo, ale są rwane i krótkie. Najlepszym przykładem instrumental Enigma Machine – to taki Dream Theater w pigułce. W każdym razie kawałka na miarę Breaking All Illusions z poprzedniej płyty tutaj nie ma. Niemniej fanom się powinno spodobać bo zespół gra dokładnie to, z czego słynie, a robi to dobrze. Kompozycje nie porywają, ale też nie nudzą (no, może niektóre, jak ni to ballada The Bigger Picture czy nijaki The Looking Glass). Są jednak dwa utwory, które ratują to wydawnictwo: melodyjny, delikatnie się zaczynający Behind The Veil, który potem fantastycznie się rozwija, i wspomniana wcześniej suita Illumination Theory, bardzo zróżnicowana i efektowna. Właściwie jest tam wszystko, za co cenię Amerykanów (chociaż wolę utwory krótsze i bardziej konkretne) – nie tylko ostre gitary i mocne melodie, są nawet piękne smyczki, a nawet… cisza. Nie dajcie się nabrać, gdy po 19 minutach utwór się kończy – po kilkunastu sekundach powróci z łagodnym, fortepianowym finałem.
Te dwie kompozycje plus niezły początek to w sumie połowa materiału więc może niepotrzebnie narzekam? Dostaliśmy produkt typowy dla Dream Theater. Jeśli komuś nie przeszkadza, że zespół stanął w miejscu, ma szansę polubić ten album. Jest naprawdę niezły. A że chłopaki mają w repertuarze pozycje znacznie lepsze… Cóż, nie co dzień jest niedziela.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: