WINDMILL Continuation

Windmill Continuation recenzjaWINDMILL
Continuation
2013
altaltaltaltalt

Windmill pozostaje w Polsce kapelą bardzo mało znaną. Nic dziwnego – muzyka Norwegów dalece odstaje od tego, co dzisiaj modne, a grupa nie ma kontraktu z wielką wytwórnią, która by zatroszczyła się o odpowiednią promocję. Nie szkodzi. Ich twórczość raduje uszy i ubogaca dusze grupki wtajemniczonych, i niech tak pozostanie. Historia zespołu, który właśnie wydał dopiero swój drugi album, jest dość oryginalna. Wystarczy przypomnieć, że debiutancki krążek To Be Continued… był nagrywany przez… 10 lat. Albo inaczej: nagrywano go krócej, ale proces wydania trwał w nieskończoność, by zakończyć się sukcesem w 2010 roku. W międzyczasie zmienił się skład kapeli i już z nowym perkusistą i gitarzystą muzycy przystąpili do nagrywania drugiej płyty o oczywistym tytule Continuation. Tym razem uwinęli się w niecałe 3 lata.
Oba podobne w klimacie albumy Windmill można potraktować jako całość. Debiut był bardzo udany, ale jego kontynuacja robi jeszcze większe wrażenie. Miłośnicy rocka progresywnego spod znaku klasycznego Yes będą piali z zachwytu. Continuation to piękna, plastyczna płyta, jakich dzisiaj już nikt nie nagrywa. Ponad 50 minut muzyki i zaledwie 5 nagrań. Jeśli pominąć krótkie, skądinąd przepiękne wprowadzenie  (…Continuation) i zupełnie nietrafioną, 3-minutową piosenkę w stylu reggae (Giant Prize), mamy do dyspozycji trzy genialne epickie kompozycje, przepełnione duchem prog rocka lat 70. 13-minutowy The Masque to wielowątkowy utwór z melodyjnym refrenem (pięknie śpiewa Jean Robert Viita, wspomagany przez Mortena Clasona i Erika Borgena), który daje pole do popisu poszczególnym instrumentalistom, z gitarą elektryczną i organami Hammonda na czele. W kolejnym nagraniu Not Alone dołączają jeszcze flet i syntezatory tworząc wraz z tęsknym wokalem nastrój zadumy i refleksji. Tu nie ma dużo czasu na indywidualne popisy – to po prostu urokliwa, delikatna piosenka, rozciągnięta do 9 minut. Płytę kończy dzieło godne mistrzów – 25-minutowa, epicka suita The Gamer, prawdziwe magnum opus zespołu. Nie ma sensu jej opisywać, bo zawiera wszystko to, co poprzednie kompozycje, tylko zagrane lepiej, barwniej i efektowniej. Jest odpowiednio dużo czasu na popisy solowe i pełne rozwinięcie pomysłów grupy. Suita nie nudzi oferując częste zmiany tempa, wszystko jednak utrzymane w jednolitym klimacie, przywodzącym na myśl najlepsze dokonania Camel, Genesis, Alan Parsons Project czy bardziej współczesnego Anekdoten. The Gamer, podobnie jak cały album, to prawdziwa uczta dla miłośników art rocka i tylko wypada żałować, że wszyscy znamy Camel czy Yes, a Windmill i tak dotrze tylko do nielicznych. Cieszę  się, że jestem w tej niewielkiej grupie wybrańców.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: