JAMES LABRIE Impermanent Resonance

James LaBrie Impermanent Resonance recenzjaJAMES LABRIE
Impermanent Resonance
2013
altaltaltaltalt

Czy można lubić zespół jednocześnie nie przepadając za jego wokalistą? Można. Ja od lat mam taki przypadek z Dream Theater. Na każdym koncercie grupy wyczekiwałem, aż James LaBrie skończy swoją kwestię, schowa się za scenę i da chłopakom pograć. Szczęśliwie najlepsze numery kapeli trwają +/- 10 minut i są tak skonstruowane, że wokalista spina je klamrą, zaś część środkowa to tylko muzyka. Pod koniec lipca ukazał się solowy album Jamesa, gdzie ta metoda już nie działa – utwory są krótkie i dominuje głos artysty.
   Do przesłuchania przystąpiłem bez uprzedzeń. Liczyłem na ciekawe melodie i choćby odrobinę klimatu macierzystej grupy. Nie znalazłem żadnej z tych rzeczy. LaBrie potrafi śpiewać i sympatia lub jej brak nie ma tu nic do rzeczy. Niewiele z tego jednak wynika, gdy wszystkie kompozycje są identyczne, a żadna na tyle dobra, by ją zapamiętać. Posłuchałem dwa razy i uznałem, że wystarczy. Nie dlatego, że się rozczarowałem – w końcu poprzednie solowe krążki też nie były arcydziełami. Dlatego, że brak wyrazistości to coś, czego nie znoszę na płytach rockowych. Nie będę udawał, że jest fajnie, gdy nie jest. Impermanent Resonance nie przeszkadza – to solidne, rockowe łojenie (są też wolniejsze numery), tylko kompletnie bez wyrazu. Może komuś przypadnie do gustu, ja wolę poczekać na kolejny krążek Dream Theater.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: