ANVIL Hope In Hell

Anvil Hope In Hell recenzjaANVIL
Hope In Hell
2013
altaltaltaltalt

Kanadyjski Anvil jest niczym wino – im starszy tym lepszy. Grupa nagrywa od ponad 30 lat ale początki miała trochę niemrawe. Dość surowe brzmienie, potem liczne zmiany wytwórni, wszystko to jest już tylko wspomnieniem, co nie zmienia faktu, że grupa nigdy nie była zbyt popularna. Trochę szkoda, bo dojrzewa z płyty na płytę, a ta najnowsza prezentuje się naprawdę okazale. Kawał solidnego heavymetalowego grania, z potężnymi riffami i wokalem Steve’a Kudlowa przypominającym nieco Lemmy’ego z Motörhead. To już nie jest monotonny thrash metal, jaki muzycy proponowali dekadę wcześniej. Jest ciężko i szybko, ale z dużym naciskiem na melodię.
Nie będę ukrywał, że to moim zdaniem najlepszy krążek Kanadyjczyków, chociaż fani czadowego łojenia pewnie będą narzekać. Tak, bywało szybciej, ale granie rocka to nie wyścig. Anvil zaproponował krążek bliższy estetyce hard rocka w stylu Judas Priest z nawiązaniami do dobrych wzorców lat 80. Nie jest to wyrafinowane granie – melodie są proste, ale to właśnie jest ich siłą. Klimat Motörhead unosi się nad Bad Ass Rock’n’Roll, Flying czy Play The Toll, niezła jest kompozycja tytułowa oraz judasowa The Fight Is Never Won. Niestety nie wszystkie utwory są utrzymane na jednym poziomie (czytaj: nie wszystkie melodie są dobre i przejrzyste), dlatego nieco obniżam ostateczną ocenę, lecz i tak gorąco polecam ten album. Niby nic wielkiego, a cieszy.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: