DAVID LYNCH Big Dream

David Lynch Big Dream recenzjaDAVID LYNCH
Big Dream
2013
altaltaltaltalt

Powstaje tak wiele ciekawej muzyki, że nie sposób przesłuchać wszystkie płyty i je opisać. Wiele świetnych krążków przemija niezauważenie, podczas gdy sporo artystycznych gniotów staje się mega hitami. Takie życie. Dlaczego piszę to akurat przy okazji recenzji drugiego albumu Davida Lyncha? Ano dlatego, że samo jego nazwisko powoduje, że o tym wydawnictwie bedzie głośno i doczeka się licznych komentarzy. Raczej pozytywnych, bo takich person się nie krytykuje, nawet jeśli jest (raczej: był) mistrzem w zupełnie innej dziedzinie. Słuchając płyty Big Dream próbowałem odłożyć na bok jego dokonania specyficzne filmowe, ale nie dało się. Jego muzyka jest bowiem równie pokrętna i wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom (choć sam Lynch nazywa ją modern bluesem). Na pewno jednak można by ją potraktować jako osobliwy soundtrack do któregoś z filmów Lyncha. Tylko że tych naprawdę dobrych filmów było niewiele, a najlepsze powstały dwie dekady temu.
   Najpierw usłyszałem pilotującą wydawnictwo piosenkę I’m Waiting Here z gościnnym udziałem szwedzkiej wokalistki Lykke Li, tej od przeboju I Follow Rivers. Delikatna i zwiewna, zarazem posępna i mroczna kompozycja, opatrzona wyjątkowo nudnym teledyskiem (przez 5 minut pokazana droga filmowana z jadącego auta), daje dokładne wyobrażenie o zawartości całego albumu. To, co dało się wytrzymać przez 5 minut, jest ciężkostrawne w większej dawce. Rozmyte, podobne do siebie utwory, przesycone elektroniką i przesterowanymi wokalami Lyncha (który śpiewa marnie więc sprytnie to ukrył), znużyły mnie już po kilku minutach. Może z obrazem prezentowałoby się to lepiej, ale wysłuchanie w skupieniu całej płyty wymaga nie lada wysiłku. Unikam słowa „klimat”, bo zapewne to będzie główny atut zwolenników artysty. Tak, można powiedzieć, że ta płyta ma swój klimat, ale to żaden atut. Jest ciężka, przytłaczająca i w sumie nudna jak flaki z olejem. Albo inaczej: jest nudna jak wiele filmów tego kontrowersyjnego reżysera, którego talent gdzieś się zagubił. Modern blues – hybryda bluesa i nowoczesności, zupełnie mnie nie przekonała. Może po prostu nie jestem aż tak nowoczesny jak ten 67-latek?
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: