KINGDOM COME Outlier

Kingdom Come Outlier recenzjaKINGDOM COME
Outlier
2013
altaltaltaltalt

Gdy amerykański zespół Kingdom Come zadebiutował w 1988 roku, zdania na jego temat były podzielone. Płyta była dobra, ale kopiowanie Led Zeppelin nieco zbyt nachalne. Jednak to jedyny album, który osiągnął sukces. Grupa wielokrotnie zmieniała skład, z oryginalnego pozostał tylko niemiecki wokalista Lenny Wolf. Wydany niedawno 13 studyjny krążek Outlier nie przynosi niczego nowego w stylu kapeli. To nadal zadziorny hard rock oparty na bluesowym podłożu, momentami trochę zepsuty elektroniką. Powinno więc być całkiem nieźle, ale… niestety nie jest. Dzięki elektronice miało być nowocześnie, a wyszło nijako. Słuchałem dwa razy i wciąż mnie to nie bierze. Nie mam ochoty na trzecią próbę. Brak tu dobrych melodii, a wszystko, co muzycy mają do powiedzenia, zamieścili w otwierającym zestaw utworze God Does Not Sing Our Song (notabene – bardzo trafny tytuł), który sunie niczym ciężki, toporny walec i przypomina klimat debiutu. Cała reszta nawet nie jest warta wspomnienia, może poza rytmicznym, opartym na prostym riffie Let The Silence Talk (kolejny dobry tytuł – rzeczwiście po wysłuchaniu Outlier będzie dobrze, jeśli przemówi cisza). Nie bez powodu kolejne płyty Kingdom Come przeszły bez echa. Pomysłu starczyło tylko na debiut. A że był to raczej cudzy pomysł – to już zupełnie inna historia. Kopiowanie mistrzów wstydu nie przynosi. Gonienie w piętkę już jednak tak.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: