MOONRISE Stopover – Life

Moonrise Stopover Life recenzja Kamil KonieczniakMOONRISE
Stopover – Life
2012
altaltaltaltalt

Z zaintersowaniem śledzę losy muzycznego projektu Kamila Konieczniaka pod nazwą Moonrise. Pod niezłym debiucie i udanej kontynuacji w postaci albumu Soul’s Inner Pendulum (2009), nastąpiła przerwa połączona ze zmianą wokalisty i perkusisty oraz, niestety, także złagodzeniem brzmienia, za które tak bardzo polubiłem kapelę. Mocne, wyraziste kompozycje i progresywne granie z długimi, tęsknymi solówkami gitarowymi Marcina Kruczka, ustąpiły miejsca wyciszonym, prostym i monotonnym piosenkom z dużym wykorzystaniem saksofonu i jednostajnym śpiewem Marcina Jajkiewicza. Nie powiem, że śpiewa źle, ale też niczym nie porywa słuchacza. To trochę wina słabych, sennych kompozycji, z których trudno jakąkolwiek zapamiętać i wyróżnić.
   Nie wiem, czy nie jestem zbyt surowy, ale chociaż lubię neoprogresywne granie, oczekuję w takiej muzyce odrobiny kreatywności i różnorodności. Rozczarowałem się, bo na Stopover – Life otrzymałem kilka identycznych, kompletnie nijakich utworów, przy których powieka sama opada. Co z tego, że są ładne? To za mało. Brak w nich emocji, snują się i zlewają w jedną, rozmemłaną i przesłodzoną papkę. Są oczywiście porywające momenty, Kruczek robi co może, ale to tylko krótkie fragmenty dowodzące, że mamy do czynienia ze świetnymi muzykami. Tylko że to żadne odkrycie. Zaczyna się ciekawie, pastelowo, od delikatnej kompozycji tytułowej. To taki spokojny, trochę za miękki wstęp do utworu Surrender To Win, który po smętnym wstępie powoli rozwija się do całkiem niezłego finału z imponującą solówką gitarzysty. To jedna z niewielu chwil, gdy poczułem się jak podczas słuchania poprzedniego krążka. Taki fragment jest też w 7-minutowym, urozmaiconym muzycznie Flying In Empty Lands, lecz sytuacja się powtarza: najpierw mdły i nijaki wokal, potem mocne i dostojne granie. Pozostałe kompozycje raczej nie zasługują na wspomnienie. Są mało ciekawe i wręcz nużące. Trochę jak Marillion z Hogarthem – jednych jego śpiew rajcuje, innych usypia. Moonrise nagrał może i klimatyczny, spójny krążek, ale to jedna długa, ciepła klucha, która przez chwilę smakuje, a potem się niemiłosiernie ciągnie. Dla mnie to nie jest krok w dobrym kierunku, jednak będę z przyjemnością śledził dalsze losy tego zespołu. Liczę, że pan Konieczniak, po krótkim romansie z muzyką środka, powróci do grania artystycznego, zróżnicowanego rocka, jaki oferował 4 lata temu.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: