PARAMORE Paramore

Paramore recenzja 2013PARAMORE
Paramore
2013

Istnieją zespoły, które są mi kompletnie obojętne. Niby grają rocka, ale kompletnie bez jaj. Taka ugrzeczniona wersja dla małych dziewczynek. Nie jest to też pop ani tym bardziej alternatywa, bo za taki zespół Amerkanie chcieli uchodzić. Post-punk? Nieważne, mniejsza o nazwy. Dla mnie muzyka Paramore była zawsze mdła i nijaka – taki ni pies, ni wydra. Nominowanie zespołu do nagrody Grammy świadczy tylko o guście kowbojów za Oceanem, którzy kochają country i różne delikatne odmiany rockowego grania. Ja wolę konkrety, a tych w muzyce Paramore nigdy nie było.
   Trio z Tennessee powraca po 4 latach przerwy, podczas której doszło do istotnych zmian personalnych. Odeszli bracia Ferro, współtwórcy większości repertuaru, a rolę lidera przejęła charyzmatyczna wokalistka Hayley Williams. Czy to jakkolwiek wpłynęło na muzykę Paramore? I tak, i nie. Tak, bo nowe piosenki trochę zyskały na wyrazistości. Nie, bo to dalej prosta, punkowo-popowa sieczka, do tego podana w absolutnie niestrawnej dawce. Ja rozumiem, że 4 lata przerwy, że masa nowych pomysłów, ale 17 piosenek to naprawdę zbytek szczęścia. Po pół godzinie i tak całość zlewa się w bezbarwną masę. Takie lekkie granie, które zapominamy zaraz po wysłuchaniu. Jednak Paramore już tak nie męczy jak kilka lat temu – można tu na siłę znaleźć jakąś dobrą piosenkę. Co prawda trudno ją wyłowić w takiej ilości, ale przy odrobinie samozaparcia da radę. Na single promujące płytę wybrano dynamiczny numer Now i przebojowy, trochę kiczowaty Still Into You. To niekoniecznie najlepsze piosenki, ale reprezentatywne dla albumu. Jak komuś odpowiadają – polubi cały krążek i nową (starą) twarz Paramore. Ja wolę otwierający zestaw Fast In My Car (jako hicior) i autentycznie rockowy, narastający Future – kawałek nie w ich stylu, ale godnie zamykający to przeciętne wydawnictwo. Mnie ta muzyka kompletnie nie kręci, chociaż przyznam bez bicia, że jeśli już musiałbym wybrać jedną płytę zespołu, ta wydaje się najlepsza. Wiem jedno – w USA, gdzie kochają Cyruski, Avrilki, Joansów i Bieberów, na pewno się spodoba.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: