BULLET FOR MY VALENTINE Temper Temper

Bullet For My Valentine Temper recenzjaBULLET FOR MY VALENTINE
Temper Temper
2013

altaltaltaltalt

Zapowiedzi były szumne. Temper Temper miał być dla zespołu tym, czym dla Metalliki stał się słynny Black Album. Czyli sukcesem komercyjnym dzięki lekkiemu ukłonowi w stronę masowego słuchacza. Trzeba przyznać, że choć porównanie mocno na wyrost, to jednak coś w tym jest. Oczywiście Bullet For My Valentine to nie ten kaliber co Metallica, aczkolwiek po udanym debiucie – albumem Poison w 2005 roku, mistrzowie metalu zaprosili Walijczyków na wspólną trasę koncertową. Potem jednak był słabsze płyty i właśnie Temper Temper miał naprawić sytuację. Poniekąd to zrobił – jest lepiej niż na Fever, ale poziom debiutu wydaje się być nieosiągalny. Problem polega na zbytnim rozstrzale stylistycznym. Jeden z najbardziej obiecujących młodych metalowych zespołów nie za bardzo wie, w jakim chce pójść kierunku. Grać dalej ostrego rocka czy tworzyć radiowe przeboje? Pokazać prawdziwy pazur czy ugrzecznić styl? To niezdecydowanie słychać na nowej płycie. Zbyt grzecznie nie jest, ale pazur przeszedł intensywny manicure.
   Nigdy nie byłem fanem Walijczyków i nie zostanę nim po wysłuchaniu Temper Temper. Wydany na singlu dynamiczny Riot, ze świetną solówką a la Metallica i nośnym refrenem, został dobrze przyjęty, podobnie jak cały album, który nieźle sobie radzi na listach przebojów najważniejszych rynków (USA + Wielka Brytania). Ale sukces rzadko idzie w parze z jakością – wszyscy wiemy, jaki jest masowy gust. Z drugiej jednak strony trudno czynić zarzut, że zespół osiąga sukces. Nic w tym złego, że chce sprzedać swą muzykę. Gorzej, gdy ją na siłę ugrzecznia. Gdy rezygnuje z tego, za co został pokochany. Nie na darmo hasło, że ktoś „się sprzedał” jest synonimem pewnej zdrady. Podsumowując: zbyt mało tu czaduPoison, ale nie będę na siłę narzekał, bo Metallica też nie łoi non stop, a Czarnemu Albumowi daleko do ich szczytowego osiągnięcia. Trzeba by znaleźć złoty środek. Walijczykom to się jeszcze nie udało, ale są na dobrej drodze.
   Z pozycji nie fana Bullet For My Valentine zakończę tak: po dwóch słabszych krążkach kierunek jest właściwy. Moim zdaniem należy uciekać od quasi-popowych kompozycji typu Truth Hurts, Dirty Little Secret czy Tears Don’t Fall (Part 2) – to niby ukłon w stronę Tears Don’t Fall Poison, ale bez klasy i siły tego pierwszego. Kopiowanie P.O.D. czy Linkin Park, jak choćby w P.O.W., to też nie najlepszy pomysł (chociaż nie dziwi, skoro producentem płyty jest Don Gilmore, znany ze współpracy z Linkin Park i Pearl Jam). Nie mam natomiast zastrzeżeń do klasycznie skonstruowanej ballady Dead To The World, która mogłaby znudzić, lecz stopniowo rozwija się w kierunku czadowego grania w klimacie Master Of Puppets i finał jest naprawdę mocny. Podoba mi się też Leech – trochę może zbyt ugrzeczniony, ale to najfajniejszy hit na albumie. Powinien trafić na singel, bo potencjałem nie ustępuje wspomnianemu Riot.
   Jak nowy materiał broni się na żywo, można się będzie przekonać na najbliższych Ursynaliach. Warsaw Student Festival odbędzie się w dniach 31 maja – 2 czerwca 2013 na terenie Kampusu SGGW w Warszawie, a Bullet For My Valentine będzie główną gwiazdą.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: