CRANBERRIES Roses

Cranberries Roses recenzjaCRANBERRIES
Roses
2012

Każdy inny to robi więc dlaczego my nie możemy? pytał z okładki debiutanckiej płyty irlandzki zespół The Cranberries 20 lat temu. Potem były lata sukcesów, 5 albumów, zawieszenie działalności, a teraz odtrąbiono kolejny wielki powrót po latach. Długo się zastanawiałem – po co? Zespół tak naprawdę zasłynął jednym wielkim hitem Zombie i kilkoma miłymi piosenkami, które są tak przesłodzone, że słuchane razem zwyczajnie nudzą. Oczywiście takie popowe, gitarowe granie o celtyckich korzeniach ma swoich zwolenników, a obdarzona wyjątkowo pięknym głosem wokalistka Dolores O’Riordan potrafi zahipnotyzować słuchacza, ale ile można słuchać takiej muzyki nie będąc Irlandczykiem? Moda na grupy z Zielonej Wyspy trwała kilka lat (na jej fali wypłynął jeszcze rodzinny zespół The Corrs, mający nad The Cranberries znaczną przewagę „wizualną”), lecz wraz z nowym stuleciem minęła, a Irlandczycy zgodnie uznali, że pora odejść i zrobić miejsce innym. Jednak ciągnie wilka do lasu. O’Riordan po klapie solowych dokonań zrozumiała, że tylko pod starym szyldem może osiągnąć sukces. Po kilkunastu latach przerwy mamy więc nowy album starej grupy pełen nowej starej muzyki, która spodoba się fanom i zanudzi pozostałych. Ja jestem w tej drugiej grupie.
   Album Roses równie dobrze mógł się ukazać w latach 90. i nikt by nie zauważył różnicy. To dobrze i źle zarazem. Dobrze dla sympatyków, że grupa gra tak samo i jest w formie. Jeśli ktoś ją lubił wtedy – będzie zachwycony. Źle dla pozostałych, bo przydałoby się chociaż trochę pójść z duchem czasu, rozwinąć się, przemycić coś nowego, co przyciągnie kolejnych słuchaczy. Na Roses niczego takiego nie ma. To ładna, sympatyczna i przeraźliwie nudna płyta. Nie przeszkadza, gdy delikatnie sączy się z głośników. Każda piosenka taka sama, nie wiadomo kiedy jestem już na końcu więc nastawiam ponownie, bo na pewno coś przeoczyłem. Ale po kolejnych przesłuchaniach wiem na pewno, że nie przeoczyłem. Tu nie ma hitów, tu są po prostu ładne melodie. Celowo akcentuję to słowo. Ładny jest delikatny, szeptany wręcz utwór tytułowy, ładny jest singlowy Show Me, coś tam może jeszcze na siłę znajdę, ale całość jest tak słodka i nijaka, że trudno to nawet skomentować. Krytykować też nie wypada, bo to w końcu stary „dobry” Cranberries. To nie ich wina, że tak rozumieją muzykę. Szanowałem ich za to, że wiedzieli, kiedy odejść, bo to rzadkość. Szkoda tylko, że zahibernowali się na kilkanaście lat i nie zauważyli, że świat trochę uciekł. Ale może właśnie o to chodziło? Dzisiaj są jedyni – po prostu już nikt tak nie gra. Ich refleksyjna, pełna emocji muzyka pozwala się wyciszyć. Mnie wyciszyła na maksa, bo przy kolejnym odsłuchu usnąłem z nudów.
   Powrót jest faktem. Sukcesu nie będzie.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: