MARILYN MANSON Born Villain

Marilyn Manson Born Villain recenzjaMARILYN MANSON
Born Villain
2012

Co za dużo to niezdrowo – to proste hasło pasuje jak ulał po najnowszego krążka demonicznego Mansona i jego kapeli. O wizerunku ekscentrycznego wokalisty grupy Marilyn Manson napisano tak wiele, że pominę ten wątek, bo wiele historii było wyssane z palca. Manson to po prostu niezły marketingowiec – wie, jak szokować i jak to dobrze sprzedać. Jednak od czasów świetności jego zespołu minęło kilkanaście lat, a matki już nie straszą nim dorastających dzieci.
   Po trzech latach ciszy Marilyn Manson zapowiadał wielki powrót do starej stylistyki i nawiązania do własnych inspiracji. O ile to drugie da się usłyszeć (przede wszystkim klasyka klasyki – Bauhaus i Joy Division), o tyle z pierwszym jest pewien kłopot. Owszem, nawiązania są, bo to w końcu ten sam zespół i nie zmienił stylu ani brzmienia, ale nie tak oczywiste i częste. Nie będę się rozpisywał na temat znakomitej produkcji i brzmienia, bo o klasie płyty decydują kompozycje. I tu leży pies pogrzebany. Industrialny rock z założenia bywa monotonny, ale bez przesady. Marilyn Manson w swoim łojeniu kompletnie zapomnieli o melodii. Utwory o podobnym podkładzie zlewają sie w mało intersującą całość, z której trudno cokolwiek wyłowić. Samo, za przeproszeniem, darcie ryja, to trochę za mało, by z przyjemnością wracać do tego albumu. Poza otwierającym krążek znakomitym Hey Cruel World, chłodnym i celowo przesterowanym, nawiązującym do najlepszych lat grupy, i następnym, wydanym na singlu No Reflection, trudno mi wskazać na jakikolwiek inny godny zapamiętania utwór. Oczywiście raz jest lepiej (rzadko), raz gorzej (bardzo często), ale nadmierna monotonia w połączeniu z brakiem wyrazistości poszczególnych utworów pozostawia złe wrażenie. Nie oczekuję po grupie Marilyn Manson płyt wybitnych, bo takowych nigdy nie nagrywała, ale bywało znacznie lepiej. Manson dekadę temu zatrzymał się w rozwoju i nie zauważył, że świat poszedł do przodu. Owszem, pozostał wierny swojej stylistyce, trudno robić z tego zarzut, ale z tak miałkimi kompozycjami zespół po prostu nudzi i męczy słuchacza. Nawet wykonany z Johnnym Deppem cover You’re So Vain jest zaledwie przeciętny i daleko mu do przeróbek Sweet Dreams czy Tainted Love. Miał być spektakularny powrót do najlepszych lat ale rzeczywistość zweryfikowała szumne zapowiedzi. Na Born Villain jest zaledwie poprawnie. I też tylko momentami. Mnie to nie rusza.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: