JOE COCKER Fire It Up

Joe Cocker Fire It Up recenzjaJOE COCKER
Fire It Up
2012

Czy Joe Cocker kiedykolwiek się zmieni? Już raczej nie. Mimo 70-tki na karku (prawie) wciąż zachwyca formą wokalną. Głównie jednak tych, którzy lubią jego silny głos z charakterystyczną chrypką. Czy najnowszą płytą jest w stanie rozkochać w sobie nowych słuchaczy?Ni ekoniecznie. Artysta nadal prezentuje solidne, rockowe rzemiosło, do którego przez 40 lat kariery zdążył nas przyzwyczaić, ale niewiele więcej. Na Fire It Up, podobnie jak na większości swoich albumów, dobre i porywające kompozycje przeplata utworami nijakimi i bezbarwnymi. Na szczęście tych pierwszych jest tu wystarczająco dużo, by albumu słuchało się z przyjemnością. Jednak nie tyle, by do niego z równą przyjemnością wracać. Cocker, który mówi, że „nagrywanie płyty przypomina trochę malowanie obrazów – nie mogą wyglądać jak swoje kopie”, proponuje zróżnicowane rytmicznie utwory, nie odstające jednak do stylistyki znanej choćby z poprzedniej płyty Hard Knocks. Na pierwszy plan wysuwają się singlowy, pełen energii hit Fire It Up, następujący po nim jeszcze lepszy, lekko funkujący I’ll Be Your Doctor, z sekcją dętą i żeńskimi chórkami, które świetnie wypadają również w popowym I Come In Peace. Moim ulubionym numerem jest Eye On The Prize z elementami soulu i niesamowitym feelingiem. Takiego Cockera uwielbiam, ale niestety nie ma go tu więcej. Pozostałe piosenki są, delikatnie mówiąc średnie. Oczywiście pewien poziom jest zachowany, bo w końcu to stary rutyniarz, ale żaden z utworów nie zapada w pamięć. Jest prosto, rytmicznie, ale zupełnie bez polotu, z kolei akustyczne ballady a la country nigdy w jego wykonaniu mnie nie kręciły, więc nie docenię piękna You Don’t Know What You’re Doing To Me czy You Don’t Need A Million Dollars. U Cockera szukam rockowego pazura albo przynajmniej odpowiedniego klimatu, a od country jest Dolly Parton. Pierwsza część Fire It Up jest świetna (znacznie lepsza od Hard Knocks), przynajmniej na 4 gwiazdki. Potem jednak power i energia gdzieś znikają, pozostają miałkie, przeciętne melodie. Cocker podnosi się z kolan w samej końcówce. Wprawdzie Weight Of The World czy dwa bonusowe nagrania dostępne na specjalnej edycji: The Last RoadWalk Through The World With Me, nie są na poziomie utworów z początku albumu, ale jako tako dają radę. W sumie więc nie ma co narzekać. Fire It Up to przyzwoity rockowy album, w tzw. premium edition wzbogacony jeszcze o krążek DVD z 6 piosenkami wykonanymi na żywo w studio w Los Angeles. Całkiem nieźle jak na starego pryka. Czekamy teraz na majowe koncerty w Polsce (artysta był u nas kilkakrotnie, w 2010 roku ozdobił Taniec z gwiazdami, zaś ostatnio wystąpił latem 2011 roku).
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: