DORO Raise Your Fist

Doro Raise Your Fist recenzjaDORO
Raise Your Fist
2012

Królowa jest tylko jedna! I nie jest nią Doda! Tytuł królowej heavy metalu od lat należy do niemieckiej wokalistki Doro Pesch, znanej z  założonego 30 lat temu zespołu Warlock, a następnie bogatej, solowej kariery. Można długo dyskutować, czy to tytuł zasłużony, ale wkładu Doro w rozwój metalu z kobiecym wokalem nie da się przecenić. Warlock przetrwał na rynku kilka lat, ale do dzisiaj pozostaje kapelą kultową, a późniejsza solowa twórczość pani Pesch tylko momentami zbliżała się poziomem do jej dokonań. Najnowsza propozycja niemieckiej wokalistki to właśnie taki moment. Jeśli ktoś nie zna twórczości grupy Doro, powinien koniecznie sięgnąć po Raise Your Fist – ten album jest kwintesencją jej dokonań. Nie ma tu miejsca na żadne kompromisy, na ckliwe i miałkie granie, jakie przydarzyło się tej pani na kilku poprzednich płytach. Jest równo i ostro, dokładnie tak jak trzeba. Nie jest to nic odkrywczego, ale chyba nikt tego nie oczekiwał. Doro od trzech dekad ma jasno określony styl i konsekwentnie się go trzyma. Ma być ciężko i rockowo, ale zarazem prosto i melodyjnie. Przedsmak całości daje otwierający całość, singlowy numer Raise Your Fist In The Air, typowy metalowy hymn, przy którym tytułowe wznoszenie pięści do góry jest oczywistą oczywistością. Następny Coldhearted Lover jest jeszcze lepszy. Uwielbiam wokal Doro – taki chrypliwy, zadziorny, przywodzący skojarzenia z Bonnie Tyler (chociaż to piosenkarka z nieco innej bajki). Pani Pesch jest niczym wino – z wiekiem coraz lepsza. Jedyny zarzut do tego i wielu innych utworów jest taki, że kończą się wyciszeniem, co jest zawsze studyjną sztuczką i nie do końca współgra z rockiem. Na płycie gościnnie występuje nieśmiertelny Lemmy Kilmister z Motörhead – śpiewa u niezłej balladzie It Still Hurts (znów to wyciszenie), a także grecki wirtuoz Gus G., gitarzysta samego Ozzy’ego Osbourne’a, który wymiata w utworze Grab The Bull (Last Man Standing). Warto wyróżnić jeszcze energetyczny numer Victory i przejmująco zaśpiewany Engel. Jeśli komuś przeszkadza, że po niemiecku – to może powinien odpuścić płyty Królowej i sięgnąć po brytyjskie kapele? Płytę zamyka utwór szczególny, w którym artystka oddaje hołd swojemu wielkiemu idolowi, zmarłemu dwa lata temu wokaliście Black Sabbath, Rainbow i Dio. Gdyby ktoś nie wiedział, o kim mowa, wystarczy wsłuchać się w tekst: „Ronnie James Dio, you were a hero, like no one”.
   Po trzech latach przerwy Doro powróciła w swojej najlepszej od lat formie. Może to nie jest Doro z czasów Warlock, ale powinna zadowolić zarówno fanów tamtej kapeli, jak również miłosników melodyjnego, metalowego grania. Jeśli zaś komuś nie wystarczy 13 nowych piosenek, polecam wersję rozszerzoną płyty, na której są dodatkowe trzy, z niezłą przeróbką wielkiego hitu Metalliki Nothing Else Matters na czele.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: