MARILLION Script For A Jester’s Tear

Marillion Script For Jester's Tear recenzja R2RMARILLION
Script For A Jester’s Tear
R2R Rock To Remember tocokocham.com1983

altaltaltaltalt
R2R

Marillion rozpoczął działalność na początku lat 80., kiedy rock progresywny był w ogromnym kryzysie. Genesis zmienił styl, Pink Floyd trochę przynudzał, King Crimson powrócił z zupełnie inną muzyką, daleką od wielkich dokonań sprzed dekady, płyty Camel nie miały wyrazu, Yes się kompletnie zagubił, Jethro Tull od dawna nie nagrał nic dobrego. Powstała luka, w którą zaczęły wkraczać młode zespoły, grające muzykę opartą na starych, dobrych wzorcach. Początek tej nowej fali dał właśnie brytyjski Marillion. Nie dlatego, że był pierwszy, ale jako pierwszy osiągnął sukces, czym otworzył drzwi wytwórni płytowych dla kolejnych neo-progresywnych zespołów (Aragon, Arena, Galahad, IQ, Landmarq, Pallas, Pendragon, Twelfth Night, i cała masa innych).
Przyznam, że Script For A Jester’s Tear to jedna z tych niewielu płyt, których słuchałem dziesiątki razy i zawsze z ogromną przyjemnością. Mam do niej ogromny sentyment, bo to właśnie tym albumem Marillion obudził moją miłość do progresywnego rocka, której jestem wierny do dzisiaj. I do dzisiaj wielbię ten album, słuchając go z namaszczeniem i nieukrywaną radością. Co więc można napisać o płycie, którą tak kochasz, że stała się częścią ciebie? W której znasz każdą nutę i każde słowo? Której słuchanie za każdym razem przyprawia o gęsią skórkę? Jak przedstawić jej piękno w krótkim artykule? Może zacznę prozaicznie, od okładki. Bosy klown ze skrzypcami i gęsim piórem w ręku, w starym, drewnianym pokoju. Klown jest smutny, uśmiechniętą maskę zostawił w szafce z tyłu. Jakże sugestywny obraz. Przepis na błazeńską łzę. Co za tytuł. I co za początek płyty:
„A więc znów jestem na placu zabaw złamanych serc,
Jeszcze jedno doświadczenie, jeszcze jedna notatka
We własnoręcznie napisanym pamiętniku
I zarazem jeszcze jedno emocjonalne samobójstwo
Przedawkowanie uczucia i dumy
?
Tak już będzie do końca. Osobiste refleksje Fisha, który z mikrofonem w ręku czuł się jak ryba w wodzie. A jego poetyckie teksty do najłatwiejszych nie należą. Począwszy od rozpaczliwego krzyku niespełnionej miłości w utworze tytułowym, w którym „obiecane wesele stało się stypą„, przez ostrą nagonkę na wyższe sfery w Garden Party, marzenia i fantazje młodej dziewczyny w cudownym Chelsea Monday, aż po monumentalny, antywojenny Forgotten Sons, ze smutnymi refleksjami na temat udziału w wojnie („twoja dziewczyna poślubiła twojego najlepszego przyjaciela”) i słynnym, przerażającym zaproszeniem śmierci:
„Kto tam?
Śmierć.
Wejdź…. przyjacielu…”
Żaden z tych utworów nie zachwycałby tak bardzo, gdyby nie charakterystyczny, histeryczny śpiew Fisha.
„Podczas wiadomości dziennika naród będzie cię opłakiwał
Skalkuluj cenę nieznany żołnierzu
Sławny będziesz przez sekundę, lecz odznaczony już po śmierci”.

Ten dwumetrowy Szkot urzeka swoją emocjonalną interpretacją, widoczne to było zwłaszcza na koncertach, podczas których wzorem Petera Gabriela przebierał się w różne kostiumy i w ten sposób pogłębiał swój przekaz. Notabene – wzorem Gabriela opuścił zespół kilka lat później. Fish to jedna z najbardziej natchnionych postaci rocka. Ale właśnie stosowane przez niego kostiumy i makijaż oraz parateatralna forma koncertów wywołały oskarżenia o kopiowanie wczesnego Genesis. Tylko kto by się tym przejmował? Jakie to ma znaczenie? Prochu nikt drugi raz nie wymyśli. Oczywiście, że Genesis inspirował Marillion, podobnie jak inspirował setki innych młodych kapel. Taka jest rola klasyków. Od kogo czerpać, jeśli nie od najlepszych? Podobnie przecież Marillion zainspirował swoją twórczością kolejne zespoły. I tak na końcu liczy się tylko to, czy muzyka wywołuje emocje, czy daje radość, czy zachwyca kolejne pokolenia.
Oprócz Fisha, płyta ma jeszcze jednego bohatera. To Steve Rothery, wielki pejzażysta muzyczny, którego magiczna gitara maluje na płycie barwne i urzekające obrazy. Piękne i melancholijne jak w Chelsea Monday, ale także ostre i wstrząsające, jak w Forgotten Sons. To największa perła nie tylko na tej płycie i nie tylko w repertuarze Marillion. Moim zdaniem to w ogóle jeden z lepszych utworów rockowych, przebijający dramaturgią osławione dzieła wielu innych grup uznanych za większe i ważniejsze. Nagranie porywające, pełne gitarowej ekspresji, zmian tempa i nastroju, a zarazem spójne i kompletne. Rockowe dzieło doskonałe. Poruszające do głębi. O tematyce utworu pisałem wyżej. Złośliwi, których nigdy nie brakuje, przyrównywali je do The Knife Genesis, ale jeśli tak, to uczeń znacznie przerósł mistrza.
Script For A Jester’s Tear to bezwzględnie jeden z najlepszych albumów artrockowych. Nie był wielkim sukcesem komercyjnym. Nie mógł być bo nie wylansował wielkich przebojów (czas przebojów miał dopiero nadejść). Jest tu tylko 6 nagrań (ale za to jakich!!!), trwających zwykle 8-9 minut, i żadne z nich nie spełnia kryteriów hitu. Ale mimo to muzyka Marillion, oparta na sporej dawce melodii i mająca dość przejrzystą strukturę, wystarczająco się słuchaczom spodobała, by uczynić z zespołu gwiazdę i dać mu bodziec do tworzenia kolejnych dzieł: FugaziMispalced Childhood.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: