
Odpuściłem recenzowanie ostatnich płyt zespołu Black Label Society z prostego powodu – były nudnawe, nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia, uleciały gdzieś witalność i energia wczesnych nagrań, zastąpiły je łzawe ballady i ogólnie muzyka dla starych dziadków. Teraz jednak, wraz z ukazaniem się nowego albumu Engines Of Demolition, tamte wpadki poszły w niepamięć. Mamy bowiem do czynienia z autentycznym powrotem do źródeł, do korzeni, do opartego na bluesie solidnego hard rocka. Jest tu potęga, moc, nawet ballady brzmią inaczej i podnoszą wartość wydawnictwa. Zwłaszcza ta, która je zamyka, okraszona imponującą gibsonowską solówką Ozzy’s Song, jak łatwo się domyślić stanowiąca hołd dla zmarłego szefa i przyjaciela Ozzy’ego Osbourne’a (niewtajemniczonym podpowiem, że Black Label Society to grupa założona w 1998 roku przez Zakka Wylde’a, gitarzystę Ozzy’ego).
Sam Zakk Wylde określa płytę jako zapis „wzlotów i upadków ostatnich lat” – tych nie brakowało, a efekt tej emocjonalnej podróży zaowocował naprawdę mocnym krążkiem w klimatach wczesnych Black Sabbath. Od przebojowego Name In Blood z dobrym refrenem, przez ciężki Gatherer Of Souls z kapitaną solówką mistrza ceremonii (tych solówek Zakka jest tu bez liku, i wszystkie świetne), bujający The Hand Of Tomorrows Grave, zaskakującą balladę Better Days & Wiser Times, nieco przypominająca Wild Horses Stonesów, po singlowy dynamit The Gallows. Dalej nie wymieniam, bo każdy znajdzie sobie własne ulubione kawałki. Jest w czym wybierać, warto było czekać te długie pięć lat.
Moja ocena 4/5
