SPOCK’S BEARD The Archaeoptimist 2025

Spock's Beard The Archaeoptimist

„Spock’s Beard stać na znacznie więcej niż usłyszeliśmy na albumie numer 13. Jestem przekonany, że to „więcej” (więcej dobrych melodii, więcej przestrzeni, wyobraźni i zachwycających popisów poszczególnych muzyków) dostaniemy na następnym wydawnictwie.” Tak pisałem 8 lat temu po premierze niezbyt udanej płyty Noise Floor amerykańskiej grupy z Los Angeles. No i dostaliśmy więcej. Nie żeby było jakoś idealnie, ale nowy album Spock’s Beard zdecydowanie przebija poprzednika. Ponad 7 lat czekania też robi swoje – człowiek akceptuje cokolwiek, byle by było. Ale krążek The Archaeoptimist naprawdę może się podobać, chociaż wcale nie jest łatwy w odbiorze. Tym bardziej w opisie…

Spock’s Beard jest jedną z ikon rocka progresywnego rodem z USA, ale ponieważ tam niezbyt cenią takie granie, trudno znaleźć albumy grupy na listach sprzedaży czy utwory w rozgłośniach radiowych. W Polsce panowie też są mało znani i raczej to się nie zmieni, bo ta muzyka zdecydowanie trąci myszką i czerpie garściami z klasyki progresywnego lat 70. Jest pokręcona jak u Gentle Giant, melodyka jak u Kansas, harmonie wokalne przypominają grupę Yes, i tak można dalej wymieniać. To nic złego, warto się inspirować, a panowie są wirtuozami i grają bardzo zgrabnie (co po ponad 30 latach nie może dziwić). Bardziej jednak zachwycają te solowe popisy niż kompozycje same w sobie. Partie wokalne Teda Leonarda są niby OK, ale nie mogę się doczekać, aż swoje odśpiewa i wejdzie Alan Morse z gitarą i Ryo Okumoto z szalonymi klawiszami. To oni robią tu robotę.

Utworów jest sześć – jeden 21 minut, drugi 11, reszta po 7, 8, w sumie ponad godzina muzyki. Nie umiem wybrać tych lepszych czy gorszych, każdy ma coś w sobie. Ten najdłuższy, tytułowy, nieco się ciągnie, bo jednak 21 minut to sporo czasu i niełatwo utrzymać uwagę słuchacza. Lepiej wypada 11-minutowy Next Step, ale zdecydowanie polecam te krótsze, bardziej zwarte formy. Zwłaszcza otwierający całość Invisible z pięknymi wokalami a capella i zaskakująco dobrą melodią, oraz mój ulubiony utwór, pełen rytmicznych łamańców St. Jerome In The Wilderness, w którego drugiej części mamy istne szaleństwo muzyków z naciskiem na zapierające dech w piersiach klawisze. Taki mały majstersztyk.

Miło posluchać takiej muzyki. Nawet raz na kilka lat. Szlachetnej, klasycznej, czerpiącej inspirację w najlepszych twórczo czasach. The Archaeoptimist szału nie robi, ale to całkiem udana pozycja w 30-letniej dyskografii Spock’s Beard.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: