
Tym razem opis będzie krótki stosownie do rangi meczu. Wprawdzie El Clásico to najważniejszy mecz w piłce ligowej i zawsze budzi emocje, ale zwykle walka toczy się o coś. Nie tylko prestiż czy dominację. Tym razem było inaczej. Gdy pół roku temu Real pokonał Barcelonę i odskoczył w tabeli na 5 punktów, nikt nie mógł przypuszczać, że madrytczycy rozegrają jeden z najgorszych sezonów obecnego stulecia. Ale wtedy Vinícius zlekceważył trenera, drużyna się rozleciała, zaczęła seryjnie gubić punkty, Xabi Alonso stracił pracę, a zastępujący go Álvaro Arbeloa notował jeszcze gorsze wyniki. W efekcie przed starciem na Camp Nou Barcelona miała 11 punktów przewagi i nawet remis dawał jej mistrzostwo. Real był rozbity fizycznie (kontuzje podstawowych piłkarzy) oraz mentalnie po bójce dwóch ważnych kadrowiczów (Valverde i Tchouameni). Odbicie tego było widoczne na boisku. Barcelona była świetnie zorganizowana, grała atrakcyjnie i z polotem, a Real był zagubiony, zgaszony i generalnie niechętny do jakiegokolwiek wysiłku. Dwa szybkie gole Rashforda i Torresa ustawiły spotkanie, gospodarze nawet specjalnie nie podkręcali tempa, chociaż i tak mogli strzelić co najmniej dwa, trzy gole, gdyby nie interwencje Courtois w bramce Los Blancos. W drugą stronę okazji było niewiele, najlepszą zmarnował Gonzalo. W całym meczu Real oddał jeden celny strzał, Barcelona siedem. W ten oto sposób drużyna pod wodzą Hansiego Flicka ponownie została mistrzem Hiszpanii i dzielnie zmierza po 100 punktów (ma teraz 91 i trzy mecze). To był ich sezon.
Męki Realu się skończyły, można się rozejść, nie trzeba już nawet udawać, że ktokolwiek z Królewskich chce jeszcze grać w piłkę. Chyba że plażową na wakacjach. Obecnie Real Madryt to przypadkowa zbieranina pozbawionych ambicji i charakteru milionerów. Jak można było tak nisko upaść w tak krótkim okresie? I jak to naprawić? Dużo do przemyślenia ma prezes Florentino Pérez, bo to głównie on nawarzył piwa. Chwała dla Barcelony, wstyd dla Madrytu.
