JOE BONAMASSA Breakthrough 2025

Joe Bonamassa Breakthrough

Joe Bonamassa, absolutny klasyk współczesnego bluesa, jest chyba moim ulubionym wykonawcą z tego gatunku. Nagrywa od 25 lat, a wszystkie jego płyty trzymają poziom i niezmiennie je chwalę na tym blogu. Nie da się jednak ukryć, że są do siebie dość podobne, bo blues rock to dość skostniały gatunek i nie da się tu niczego nowego odkryć. Lecz i tak każdy krążek Amerykanina cieszy uszy i choć raz jest nieco lepiej, a raz gorzej, gitarzysta trzyma poziom, do którego wielu się nawet nie zbliża. Płyty wydawał bardzo często, może zbyt często, jednak ostatnio nieco wyhamował. Na album Breakthrough z premierowymi utworami musieliśmy czekać cztery lata. Oczywiście było warto, bo to znów kawał solidnego grania, a zarazem, adekwatnie do tytułu wydawnictwa, pewien wyłom, przełom w karierze Bonamassy.

Co więc się zmieniło? Kosztem spektakularnych, rozbudowanych solówek gitarowych Joe pożeglował w stronę przebojowych piosenek. To tak w dużym skrócie. Wszystkie mają bluesowy posmak i niektóre są naprawdę świetne, więc nie jest to żadna zdrada gatunku czy coś w tym stylu. Po prostu jest trochę inaczej i chyba to dobry ruch, bo ile razy można nagrywać wciąż to samo? Producentem znów jest Kevin Shirley (Iron Maiden, The Black Crowes, Journey) więc wszystko brzmi fantastycznie, nie ma dęciaków, nie zaproszono żadnych gości (są stali współpracownicy Lemar Carter i Calvin Turner), nie ma też rozmachu Time Clocks z 2021 roku. Jest bardziej swojsko i hitowo, a obok dobrych melodii i oszczędnie dozowanych gitarowych popisów siłą albumu są często wykorzystywane żeńskie chórki.

Zaczyna się od utworu tytułowego, który stanowi prawdziwą wizytówkę całości. Gospelowy posmak, mocne rockowe tło, kapitany wokal autora, chwytliwy refren, materiał na hit, gdyby tylko radia grały taką muzykę. Drugi Trigger Finger ma z kolei szybsze tempo, motoryczny rytm i wspomniane chórki. Później nieco zwalniamy, robi się trochę bezbarwnie, chociaż taki Drive By The Exit Sign miło kołysze i serwuje niezłą slide’ową solówkę. Perełką jest najdłuższe w zestawie (7 minut) klasyczne bluesisko Broken Record. To taki typowy klasyk Bonamassy, z epickim rozmachem i cudowną solówką mistrza ceremonii. Singlowe Shake This GroundStill Walking With Me są tak nijakie, że nie poświęcę im nawet jednego zdania. Za to spokojny Life After Dark czaruje klimatem, a w finale dostajemy dwie petardy. Najpierw rock’n’rollowy You Don’t Own Me, a na końcu hitowy Pain’s On Me, który w pigułce przywołuje wszystko to, co najlepsze na płycie. Jest więc motoryczny rytm, dobry refren, urocze chórki i wreszcie świetne solówki, które nie są jedynie krótkim epizodem. Zwlaszcza ta na końcu, którą niepotrzebnie wyciszono (dlaczego??). Mimo wszystko to efektowny finał może nie wybitnej, lecz całkiem niezłej płyty. Kolejnej w dorobku Joe Bonamassy. Szczerze polecam.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: