
Opisując poprzednie płyty zespołu IQ, brytyjskich klasyków rocka progresywnego, zawsze podkreślałem swoją sympatię dla tej zasłużonej formacji. Wprawdzie lubię ich bardziej za muzykę z początków działalności (czyli z lat 80. i 90. poprzedniego wieku – tak tak, Mike Holmes i spółka funkcjonują już tyle czasu), ale i te niedawne krążki trzymały poziom, chociaż już nie zachwycały. Ot takie solidne granie dla starych fanów. Zespół zmieniał skład, ale nie zmieniał wypracowanej formuły – panowie świadomie ignorują nowe trendy, od ponad czterech dekad powielają patenty ze starej progresywnej szkoły, grają swoje i robią to dobrze. Najnowszą płytę zatytułowali Dominion. Dominacja. Panowanie. Czy nadal rządzą na tzw. rynku neo-progresywnym? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Jeśli w ogóle kiedykolwiek dominowali…
Nie porwała mnie nowa muzyka więc chyba tym razem pójdę pod prąd. Bo wiele osób, zwłaszcza starych fanów, zapewne będzie zachwyconych tym albumem. Czekali na niego aż 6 lat, jest tu wszystko to co zwykle – czyli kameralny śpiew Petera Nichollsa, ładne solówki gitarowe Holmesa, są rozbudowane, wielobarwne kompozycje i przydługa, wlokąca się przez 22 minuty suita. Najlepszy w zestawie utwór No Dominion, zresztą pilotujący wydawnictwo na singlu, ma w sobie coś z dawnej magii, ale gdy robi się interesująco, nagranie zostaje wyciszone. Właśnie wtedy, gdy rozwijała się kapitalna solówka gitarowa Mike’a Holmesa. Kto to wymyślił? Panowie pewnie to rozciągną na koncertach, bo aż się prosi o finał godny tego tytułu, ale na razie mamy skuchę i niedosyt. Szkoda, bo to świetny utwór. Zaraz po nim 13-minutowy Far From Home, w którym sporo się dzieje. Są zmiany tempa, popisowe partie Paula Cooka na perkusji i Neila Duranta na klawiszach, świetnie brzmi wokal Nichollsa, aczkolwiek trochę zbytnio dominuje tutaj. W tak długiej kompozycji wolałbym więcej klimatycznego grania, a nie przegadanie i ciągłe zwroty akcji. Jest jeszcze krótka akustyczna miniaturka i finałowy Never Land, w której też za dużo Petera, a za mało melodii i gry pozostałych muzyków. Oczywiście koronną kompozycją jest wspomniana już suita The Unknown Door. 22 minuty to sporo, ale wyraźnie wraca u „progresowców” moda na długie wielowątkowe utwory, wystarczy wspomnieć wydany wiosną ostatni krążek Stevena Wilsona The Overview, gdzie mamy tylko dwa nagrania. Zwykle schemat jest podobny, a w przypadku IQ to akurat norma. Jest więc wiele wątków, motywów, żaden na tyle charakterystyczny, by go zapamiętać. Są świetne momenty, ale całość się wlecze i bardziej męczy niż raduje.
Teraz już chyba wiadomo, dlaczego kręcę nosem na płytę, która niby powiela to, do czego nas IQ przyzwyczaił, lecz nie serwuje tak dobrych utworów, jak wcześniej. Ot choćby takiego The Road Of Bones 6 lat temu. Jest nieźle, ale tylko nieźle. Zbyt długie przerwy nie służą muzykom. Podobno materiału nagrali dużo więcej, więc może te „odrzuty” będą ciekawsze. I nie trzeba będzie czekać sześć lat.
Moja ocena 2/5
