
W tym sezonie Real Madryt stale zaskakuje swoich fanów. Gdy wydaje się, że nie da się już zagrać gorzej niż ostatnio, Królewscy co chwila udowadniają, że jednak można. Po słabiutkich meczach ligowych, porażkach na własnym stadionie z Realem Sociedad i walczącą o utrzymanie Valencią, przyszła kolej na mecz prawdy w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Bo to przecież rozgrywki Realu, tutaj wszyscy mają się bać mistrza. Ale obecnego Realu nie boi się nikt. A na pewno nie Arsenal, który na Eithad gładko wygrał 3-0 i praktycznie rozstrzygnął dwumecz, bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w odrobienie tej straty w rewanżu. Nie przez tak słabo grający Real. Miałki, nijaki, bojaźliwy, niepotrafiący stworzyć realnego zagrożenia, bo te wielkie nazwiska straszą jedynie na papierze. Dzisiaj tylko Courtois zagrał nieźle, chociaż wpuścił trzy gole. Jednak mogło być ich znacznie więcej. Ta drużyna jest rozbita, nie ma jaj, nie ma chęci, wiary, nie ma ambicji, bo nawet biegać im się nie chce. Jak by powiedział klasyk – nie ma niczego. Co się stało z tą kadrą, która rok temu wygrała Ligę Mistrzów? Piłkarze warci miliard euro wyglądają dziś jak amatorzy z okręgówki. Leżącego się nie kopie, więc nie napiszę już nic więcej. Mina Carlo Ancelottiego mówi wszystko.
