
Brytyjski zespół The Cure to jeden z największych klasyków rocka lat 80., czyli epoki dawno minionej, ale wspominanej ze sporym sentymentem. Ich twórczość określano rockiem alternatywnym i nową falą, lecz Robert Smith i spółka nie dali się zamknąć w sztywnych ramach jednego gatunku, były tam elementy punk rocka, rocka gotyckiego czy nawet synthpopu. Mniejsza o nazwy. Zawsze ceniłem The Cure nie za przeboje, bo od przebojów byli inni, ale za unikalny klimat ich płyt. Za mrok Faith, surowość Pornography czy uzależniające, ponure wizje Disintegration, ich najdoskonalszego dzieła. Potem bywało już tylko słabiej, czasy się zmieniały, gusta ludzi również, i po wydaniu płyty 4:13 Dream w 2008 roku The Cure odszedł w niebyt. Panowie niby nadal istnieli, czasem koncertowali, co pewien czas puszczali plotkę o nowej płycie, i tak minęło… 16 lat.
Ta płyta się zmaterializowała całkiem niedawno. Ona naprawdę jest. Nosi tytuł Songs Of A Lost World – Piosenki z zaginionego świata. Zaginionego ponad 30 lat temu. Piosenki raczej ponure, jak to nas Smith przyzwyczaił. To on napisał cały materiał, doświadczony śmiercią rodziców i brata opowiada o bólu po stracie bliskich, o egzystencjalnej samotności człowieka, o tym, że jesteśmy skazani na wojny i konflikty, że nic nie jest wieczne, nawet miłość, bo nie przetrwa śmierci. I tak dalej. Czy muzyka jest równie posępna? Tak. Próżno szukać tu skocznych hitów, nawet singlowe nagrania są dalekie od hasła „przebój”. To The Cure z czasów Disintegration, co mnie akurat bardzo cieszy, ale może też powodować zarzuty o wtórność, odgrzewanie kotleta. Co kto lubi. Mnie ten kotlet bardzo smakuje, chociaż lepiej, gdyby ten materiał ukazał się w 1990 roku, a nie teraz. Jest taki niedzisiejszy.
Omawianie poszczególnych utworów nie ma większego sensu, bo wszystkie zbudowane są według jednego patentu, może tylko Drone : Nodrone nie pasuje, ale pozostałe siedem jak najbardziej tak. Jest więc wolno, masywnie, większość nagrań długa, po 6, 7 minut, a ostatnie Endsong nawet ponad 10, wszystkie z długimi instrumentalnymi wstępami. Już pierwszy w zestawie utwór Alone doskonale obrazuje, co będzie dalej. Jak komuś nie podejdzie, to szkoda czasu na resztę. Paradoksalnie to był pilotujący wydawnictwo singel, a nie ma w sobie za grosz przebojowości, jest podniosły, majestatyczny, ponury. Wokal 65-letniego Smitha brzmi jak dawniej, jakby czas tu nie działał. Ze wszystkich kompozycji największe wrażenie robi antywojenny Warsong z głębokim przesłaniem do ludzkości, nawiązujący do śmierci brata I Can Never Say Goodbye oraz epicki Endsong, o którym już wspomniałem. Trwa długo, zwłaszcza intro (wokal pojawia się dopiero w siódmej minucie), ale każda z tych 10 minut jest potrzebna.
Takie powroty po latach są zawsze ryzykowne. Ale także piękne. Tym razem się udało, bo Songs Of A Lost World brzmi jakby zawierała nagrania zagubione podczas sesji Disintegration, i już samo to wystawia jej wysoką notę. To najlepszy album The Cure od lat 90. Niby to nie powinno dziwić, skoro panowie pracowali nad nim 16 lat. Warto było czekać. Muzycznie nie wnosi niczego nowego, ale ten melancholijny klimat, brudne brzmienie, zbolały śpiew Smitha cieszą tak samo jak wtedy. Jeśli to ostatni krążek zespołu, będzie doskonałym finałem tej wielkiej kariery. Ale Robert Smith zapowiedział kontynuację. Ponoć już w 2025 roku. Pożyjemy, zobaczymy….
Moja ocena 4/5
