BLACK COUNTRY COMMUNION V 2024

Black Country Communion V 2024

Trochę smutne czasy nastały. Tyle dobrej muzyki wychodzi, a nikt tego nie zauważa. Dlaczego? Bo wszystko jest ogólnodostępne, klikasz i masz – jest tego tyle, że nie wiesz co klikać. A nawet nie musisz, bo algorytmy w serwisach z muzyką robią to za ciebie, tworzą playlisty i sugerują, czego masz słuchać. Wybierają za ciebie. Więc słuchasz z grubsza tego, co wszyscy, co jest modne. Poczta pantoflowa nie istnieje, nie trzeba znajomym polecać płyt, bo i tak nie mają czasu ich słuchać, poza tym o muzyce się nie rozmawia, nowe albumy nawet znanych wykonawców nie robią wielkiego wrażenia, przechodzą bez echa. Po co tak biadolę, skoro i tak tego nie zmienię? Taka refleksja mnie naszła przy okazji nowej płyty Black Country Communion. Kogo? Ano właśnie… Wyszła dwa miesiące temu, a w sieci cisza. Nikogo nie interesuje, algorytmy milczą. Cóż, strata tych, którzy przegapią. Ja napiszę parę słów, chociaż i tak pewnie mało kto przeczyta…

Black Country Communion to supergrupa. Tworzą ją wokalista i basista Glenn Hughes (Deep Purple, Black Sabbath), gitarzysta Joe Bonamassa, perkusista Jason Bonham (syn wiadomo kogo) i klawiszowiec Derek Sherinian (Dream Theater). Jest oczywiste, że panowie wskrzeszają klasyczny blues- i hard rock lat 70., bo z tego wyrośli i na tym zjedli zęby. Ktoś tęskni za Led Zeppelin czy starym Deep Purple – proszę bardzo, jest Black Country Communion. Każda z ich czterech płyt była świetna, od debiutu w 14 lat temu, po IV z 2017 roku. Teraz ukazał się krążek numer 5. Dlaczego dopiero po 7 latach? Bo BCC to poboczny projekt, panowie mają wiele innych zobowiązań, to i tak cud, że znajdują czas (zwłaszcza zapracowany Bonamassa) na wspólne nagrania. Zwykle supergrupy znikają po jednym albumie, gra dwóch, trzech. Więc cieszmy się tym, co jest, bo już Aflerglow miał być ostatni, a pięć lat później wydano BCCIV.

Album V nie przynosi niczego nowego. To po prostu kolejna porcja klasycznego hard rocka w najlepszym wydaniu. 73-letni Hughes śpiewa jakby miał na karku trzy dychy mniej, Bonamassa wywija dzikie solówki w swoim stylu (a gitarzysta to absolutnie genialny, polecam jego solowe płyty), Klawisze Sheriniana urzekają, a Bonham wali w bębny niczym sławny ojciec w Zeppelinach. Płytę otwierają trzy utwory wydane na singlach przed premierą albumu. Funkujący Stay Free, przysadzisty Red Sun ani ciężki Enlighten hitami się nie stały, bo radia nie grają hard rocka, ale każdy z nich ma potencjał. Takich ognistych kawałków jest tu więcej, choćby Letting Go, Too Far Gone czy Skyway, ale najlepsze w zestawie są te nieco dłuższe i wolniejsze nagrania: „kashmirowaty” Love And Faith, w którym wokalnie Glenna wspiera Joe, i bluesisko Restless z łkającą gitarą Bonamassy, który w takich klimatach czuje się jak ryba w wodzie.

Nie będę narzekał, że 7 lat temu było nieco lepiej (bardziej wyraziste utwory, dłuższe, szalone), bo i tak jest całkiem dobrze. Choćby dlatego, że ze świecą szukać takich zespołów w dzisiejszym, do bólu skomercjalizowanym rocku. Dobrze, że starsi panowie co kilka lat znajdują czas, by zagrać coś w starym stylu, by przypomnieć czasy, gdy muzyka miała duszę. Dobra, brzmi górnolotnie, ale coś w tym jest. Naprawdę warto sięgnąć po ten krążek, a jeśli Wam podejdzie – poszukajcie tych starszych, zwłaszcza świetnego debiutu o odkrywczym tytule Black Country Communion.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: