SLASH Orgy Of The Damned 2024

Slash Orgy Of The Damned 2024

Co Slash, były gitarzysta kultowego Guns N’ Roses, ma wspólnego z bluesem? Wydawałoby się, że niewiele. A jednak wydał płytę z bluesowymi klasykami zapraszając do nagrania grono znamienitych gości. Podobnie jak na debiucie w 2010 roku, gdy wokalnie wsparli go Ozzy Osbourne, Iggy Pop, Ian Astbury czy Fergie. Potem bywało różnie – kapitalnie na Apocalyptic Love w 2012 roku, lecz później coraz bardziej nijako z płyty na płytę. Może więc ucieczka w krainę bluesa to dobry pomysł? Bo czy można zepsuć album zawierający perły gatunku z udziałem takich gwiazd jak Brian Johnson (AC/DC), Steven Tyler (Aerosmith), Paul Rodgers (Free, Bad Company), Beth Hart czy Iggy Pop? No nie ma szans. Toż to sama śmietanka rocka, i przy okazji bluesa również, bo przecież Rodgers czy Hart to absolutne gwiazdy bluesa i blues-rocka.

Zanim opiszę zawartość krążka, krótka refleksja. Płyt z klasykami bluesa są setki, jak nie tysiące, wiele z nich naprawdę udanych. Nie sztuka odegrać te piosenki. Sztuką jest nadać im własny charakter, wzbogacić je, ubarwić, dodać coś od siebie nie zaburzając struktury oryginału. To potrafią tylko wybitne jednostki. I właśnie to zrobił Slash. Zinterpretował na swój sposób klasyczne utwory, które za młodu go inspirowały. Zrobił to po mistrzowsku, a jego gitara stworzyła nową jakość. Odpalcie sobie oryginalne wersje tych tytułów, wtedy zrozumiecie, co mam na myśli. Orgy Of The Damned ma wiele świetnych momentów i porwie każdego fana mocnego rocka, nie tylko bluesa.

Już na starcie Chris Robinson (wokal i harmonijka) z Black Crowes niszczy swoją ciężką, przysadzistą wersją utworu The Pusher. Nagranie trwa 7 minut, już samo to pokazuje, ile tu inwencji i zmian w stosunku do oryginału. Dobrze wypadają klasyki Crossroads czy Hoochie Coochie Man, ale dopiero Oh Well Petera Greena rozwala system. To swoisty hołd dla wczesnego, bluesowego Fleetwood Mac, zanim ta formacja zaczęła produkować radiowe hiciory. Śpiewa Chris Stapleton, ale to Slash robi główną robotę (co za solo), dość zresztą podobnie do oryginału. Wytchnienie daje klimatyczny, rozleniwiony Awful Dream w wykonaniu Iggy’ego Popa. To kompozycja Lightnin’ Hopkinsa (składanka bluesowa nie może się obyć bez tego pana), a Iggy Pop, zwany przecież „ojcem chrzestnym punka” (!) intryguje w takiej akutycznej wersji. Nie przekonał mnie singlowy Killing Floor z repertuaru Howlin’ Wolfa (kolejny must-be), gdzie nieco dziwnym głosem śpiewa wokalista AC/DC Brian Johnson, a na harmonijce wtóruje mu Steven Tyler. To chwytliwa, elektryzująca wersja, znów sporo inwencji Slasha, może po prostu lubię inne granie. Podobnie ze słynnym Papa Was A Rolling Stone, rhythm’n’bluesowym klasykiem grupy Temptations, który tutaj zaskakuje wokalem Demi Lovato, bardziej gwiazdy pop niż rocka. Wersja poprawna, Demi śpiewa dobrze, ale jakoś brak tu emocji oryginału, klimatu, feelingu, nie wiem jak to nazwać. Jest tak sterylnie, jak z reklamy. Za to nie będę narzekał na Born Under A Bad Sign w wykonaniu Paul Rodgersa, bo tu wszystko jest na miejscu, i dobrze słyszeć Rodgersa w formie, bo miewał ostatnio sporo kłopotów ze zdrowiem. Wreszcie creme de la creme, absolutne magnum opus wydawnictwa, czyli klasyk T-Bone Walkera Stormy Monday w pełnym pasji, majestatycznym wykonaniu Beth Hart. To osiem minut muzycznego nieba. Uwielbiam tę panią, ale tu przeszła samą siebie, co zresztą sama skwitowała na końcu stwierdzeniem „God, that was fuckin’ bad ass shit!”. Yes, it was. Genialny finał albumu, chociaż nie do końca, bo na deser jest jeszcze autorska kompozycja Slasha Metal Chestnut – krótka (trzy minuty), ale treściwa.

Opłaciło się. Orgy Of The Damned to bardzo dobry album. Nie mógł być inny. Prawdziwa orgia rockowych dźwięków, odpowiedni dobór gości, tak to powinno wyglądać w przypadku płyt z coverami. Duże brawa za pomysł i wykonanie. Będzie jedna z płyt roku?

Moja ocena 4/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: