SCORPIONS Rock Believer

Scorpions Rock Believer recenzjaSCORPIONS
Rock Believer
2022

Panowie ze Scorpions na 50-lecie wspólnego grania wydali album Return To Forever w 2015 roku, tak teraz kolejny zacny jubileusz – 50-lecie działalności wydawniczej (debiutancki krążek Lonesome Crow ukazał się w 1972 roku) uczcili kolejną nową płytą Rock Believer. Tytuł idealny, bo kto bardziej wierzy w rocka niż oni? Wydali 19 płyt studyjnych, przy czym większość w latach 70. i 80., bo w nowym milenium zaledwie 5. Ale każdy ich kolejny krążek cieszy, i to bez względu na jakość materiału. 7 lat temu nie było z tym najlepiej, ale chłopaki nie mieli weny i wykorzystali odrzuty ze starych sesji. Teraz już nie poszli na łatwiznę i napisali nowe piosenki. I to jakie! Już na poprzedniej płycie z premierowym materiałem Sting In The Tail zespół z Hanoweru prezentował wyraźną zwyżkę formy, ale to było 12 lat temu, i miał to być pożegnalny krążek. Na szczęście nie był. Szkoda kończyć karierę będąc w takiej dyspozycji. Grupa zaoferowała równie dobre utwory, jeśli nie lepsze. Scorpions kojarzymy głównie z nieśmiertelnymi balladami w stylu When The Smoke Is Going Down, Still Loving You czy Wind Of Change, ale przecież nie same pościelówy ma w repertuarze. To kapela rockowa z krwi i kości, a w składzie odświeżonym o perkusistę Mikkeya Dee z Motörhead doskonale to obrazuje płytą Rock Believer.

Zaczyna się z grubej rury – Gas In The Tank to oparta na mocnych riffach hardrockowa petarda, która od razu rozwiewa wszelkie wątpliwości. Czy w baku jest jeszcze paliwo? Jest go pod dostatkiem, wystarczy na całą godzinę ostrej jazdy. Roots In My Boots nie zwalnia tempa, jest zadziorny i pełen energii. Z kolei Knock ’em Dead to już lżejsza i bardziej chwytliwa melodia z łatwym do zapamiętania refrenem. Tytułowy Rock Believer (drugi singel z płyty) to już klasyczny Scorpions – utrzymany w średnim tempie, ale pełen mocy, do tego ze stadionowym refrenem. Będzie kolejny klasyk. Aż sprawdziłem, czy przez pomyłkę nie włączyłem składanki największych przebojów Niemców (Niemców plus Szweda i Polaka – bo przecież od 2004 roku na basie gra Paweł Mąciwoda). A najciekawsze jeszcze przed nami, bo oto Shining Of Your Soul łamie schemat, jest oparty na rytmie reggae, co w teorii odrzuca – bo gdzie Rzym, gdzie Krym (jak się ma reggae do metalu?), ale w praktyce wszystko wypada świetnie dzięki dobrej melodii i przebojowemu refrenowi. Na pewno wyszło dużo lepiej, niż poprzedni flirt z reggae w Is There Anybody There? w 1979 roku. Następnie na scenę wkracza mroczny i dostojny Seventh Sun, mój faworyt, taki sabbathowy walec (coś jak China White czy The Zoo), który imponuje gęstymi riffami i dialogami gitarowymi Rudolfa SchenkeraMathiasa Jabsa, a i Paweł Mąciwoda też swoje robi. Genialny kawałek, kwintesencja hard rocka. Hot And Cold przywraca tempo z początku płyty, a jest jeszcze rozpędzony Peacemaker, który jako pierwszy pilotował wydawnictwo, bardzo klasyczny hicior w stylu najlepszych piosenek zespołu. Myślę, że wystarczy tych przykładów, a i tak wymieniłem niemal wszystkie nagrania z normalnej wersji albumu, bo jest jeszcze edycja specjalna i wersja streamingowa, która przynosi 5 dodatkowych utworów, tu wyróżnię szybki Shoot For Your Heart – niczym nie ustępuje tym najlepszym wymienionym wcześniej. Nie napisałem ani słowa o balladach, które zawsze są stałym elementem płyt Scorpions. Tym razem chłopaki zachowali umiar (za co duży plus, bo zawsze tego było za dużo) – jest tu tylko jedna pościelówa When You Know (Where You Come From), umieszczona na samym końcu. Ładna, ale mieli takich dziesiątki. I wiele lepszych.

Uwielbiam tego typu niespodzianki. Nigdy nie byłem wielkim fanem grupy Schenkera, aczkolwiek doceniałem dwie czy trzy płyty, lecz przede wszystkim pojedyncze nagrania. Nie wszystkie oparły się próbie czasu, a katowane bez końca ballady zwyczajnie mi obrzydły. Tymczasem na stare lata ci rockowi emeryci zafundowali niesamowitego energetycznego kopa, a Klaus Meine śpiewa jak latach młodości. Jasne, nie ma tu niczego nowego, panowie grają jak kiedyś, a melodie i konstrukcja utworów są do siebie dość podobne. Ale co z tego? Nie każdy z tych samych składników potrafi upichcić wyborne danie. Scorpionsom się udało. Rock Believer to kapitalna okładka, budząca skojarzenia z największym dziełem zespołu, kultowym Blackout; nowoczesne brzmienie, z powodzeniem wprowadzające muzykę z lat 80. w XXI wiek; i cała masa pełnego dobrych melodii solidnego rocka zagrana przez mistrzów gatunku. I oni chcieli kończyć karierę? To prawdziwy pomnik hard rocka i na pewno najlepszy album Scorpions w nowym milenium. A może w ogóle?

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: