JOE BONAMASSA Time Clocks

Joe Bonamassa Time Clocks recenzjaJOE BONAMASSA
Time Clocks
2021

Rozpływałem się nad poprzednią płytą Bonamassy zatytułowaną Royal Tea, ale w zasadzie każdy album tego genialnego gitarzysty ma świetne momenty, każdy jest mniej lub bardziej dobry. Jak bardzo – to już kwestia sporna. Zależy od momentu, od oczekiwań, od nastawienia. Bo Joe poniżej pewnego poziomu nie schodzi, chociaż nagrywa bardzo dużo. Może aż za dużo? Ale to typowy pracoholik, a dla nas słuchaczy to dobra informacja. Ponieważ jednak blues rock to dość skostniały gatunek i nie da się tu niczego nowego odkryć, tak często wydawane krążki muszą nieco nużyć. Nie dlatego, że są słabe. Dlatego, że to wszystko już było. Pod inną nazwą, na innej płycie, ale było. To taka refleksja na marginesie ostatniego wydawnictwa Time Clocks. Tak, zegar tyka cały czas, ale dla Bonamassy jakby się zatrzymał.

To kolejny świetny album amerykańskiego wirtuoza, lecz mnie już brakuje pomysłów, by opisywać tę muzykę i się nie powtarzać. Chociaż – skoro on się powtarza, ja chyba też mogę? Time Clocks to 10 nowych starych kompozycji. Każda na swój sposób znakomita. Żadna w nijakim stopniu odkrywcza. To jednak taki blues rock z domieszką popu, że słucha się go znakomicie. Jednak furory nie zrobił. Nie, nie w Polsce, bo u nas w ogóle nie ma kultury kupowania muzyki, ale na świecie. Nie sprzedał się. Czy to znak czasów – niespokojnych, covidowych? Czy może klienci doszli do podobnych wniosków co ja? Mniejsza z tym – ich strata, bo naprawdę jest czego słuchać. Od kapitalnego, opartego na hardrockowym riffie, wydanego na singlu Notches po Known Unknowns, który trochę się wlecze, ale tę bezbarwność kompozycji wynagradza końcówka – cała druga połowa to jedna wielka solówka, taka na wzór gilmourowskiej w Comfortably Numb, trwa i trwa, i trwa… Na singlach wyszło też ozdobione uroczymi żeńskimi chórkami melodyjne bluesisko The Heart That Never Waits i rozmemłana kompozycja tytułowa, która mistrzowi kompletnie nie wyszła. Są jednak dużo ciekawsze momenty. Questions And Asnwers dość oszczędny w formie, ale zagrany z hardrockowym zacięciem. Zaraz potem chwila wytchnienia – w Mind’s Eye słyszymy jak powinna brzmieć emocjonalna, brawurowo zaśpiewana ballada. To istne cudeńko na tym albumie, nawet jeśli już to kiedyś ileś tam razy słyszeliśmy pod innym tytułem. W The Loyal Kind autor pięknie miesza gatunki i co chwila nieźle dokłada do pieca. Natomiast najlepsze wrażenie robi utrzymany w średnim tempie, ale wzbogacony orkiestracjami i obowiązkową solówką Curtain Call, to już taki Bonamassa, jakiego mogę słuchać w nieskończoność. Tym bardziej, że całość kapitalnie brzmi (materiał został wyprodukowany przez wieloletniego współpracownika Joe, Kevina Shirleya, a zmiksowany przez legendarnego Boba Clearmountaina).

Jak to krótko podsumować? Jest dobrze, ale nie idealnie. Płyta ładnie wchodzi, ale równie ładnie wychodzi. Brak tu odrobiny szaleństwa, czegoś niekonwencjonalnego. Jest zbyt bezpiecznie, przez to nieco nudnawo. Ale to i tak poziom, do którego wielu nawet się nie zbliża. Po prostu – kolejny dzień w pracy Joe Bonamassy.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: