GRETA VAN FLEET The Battle At Garden’s Gate

Greta Van Fleet Battle At Garden's Gate recenzjaGRETA VAN FLEET
The Battle At Garden’s Gate
2021

Z wielkiej chmury mały deszcz – takie stwierdzenie przyszło mi na myśl po wysłuchaniu pierwszej płyty amerykańskiej grupy Greta Van Fleet. Tą „wielką chmurą” miały być rozbudzone nadzieje, że oto mamy do czynienia z kolejnym (którym już to?) wcieleniem Led Zeppelin, a to ze względu na wokal Josha Kiszka, bliźniaczo podobny do Roberta Planta (a i jego brat na gitarze wywijał niczym Jimmy Page). Zrobiono to na bazie jednej piosenki (!) Highway Tune, którą w 2017 roku ktoś przedstawił jako zaginione nagranie Led Zeppelin, i cała Ameryka zwariowała. Właśnie z mody na retro rock i nieustannej nostalgii za Zeppelinami wzięła się nadmierna popularność zespołu Greta Van Fleet, zanim ten jeszcze wydał debiutancki album Anthem Of The Peaceful Army, który ukazał się rok później i… mocno rozczarował (stąd ten „mały deszcz”). Chłopaki nie sprostali oczekiwaniom, albo może po prostu zbyt szybko nałożono na nich zbyt wielką presję. Tak czy inaczej dopiero drugi krążek miał pokazać, czy poza zrzynaniem z Zeppów (co mi akurat nie przeszkadza – po to mamy klasyków, by od nich czerpać) trzej bracia Kiszka mają coś ciekawego do zaproponowania, czy potrafią stworzyć barwne i konkretne utwory, bo takie zawsze determinują wartość wydawnictwa. Sam klimat to za mało.

Wydana w 2021 roku druga płyta grupy The Battle At Garden’s Gate nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Powiedziałbym, że jeśli już miała coś udowodnić, to raczej pokazała, że Greta nie ma własnych pomysłów, za to potrafi doskonale żonglować patentami nie tylko Led Zeppelin, ale też Eltona Johna, Davida Bowie, i innych topowych wykonawców rocka lat 70. To dobrze. Malkontenci powiedzą, że wszystko, co panowie proponują, było już zagrane 50 lat temu, i – co tu dużo ukrywać – znacznie lepiej. Ale jest też druga strona medalu – nie każdy musi na nowo odkrywać Amerykę i jeśli ktoś chce grać jak kiedyś, to czemu nie? Skoro robi to dobrze… Nowe pokolenie rzadko sięga po klasyków, woli swoich idoli, a dzięki braciom Kiszka ma szansę na nowo odkryć stare brzmienia. Nie powiem, że całość Bitwy u Wrót Ogrodu mi się podoba, bo płyta zupełnie niepotrzebnie trwa ponad godzinę i wyrzucenie kilku nagrań raczej podniosłoby jej wartość, ale nie będę się skupiał na tym, na czym nie warto (i nie będę na siłę szukał dziury w całym, bo na Zeppelinach też bywało trochę nietrafionych nagrań). Nie oczekiwałem kolejnych Schodów do nieba, ale liczyłem na dobrze zagrane, wyraziste kompozycje, do których chętnie będę wracał po latach. Takie tutaj są. Jest ich niewiele i mocno pachną Led Zeppelin, ale są, i już samo to stanowi sporą różnicę wobec nijakiego debiutu.

Heat Above stanowi intrygujący początek wydawnictwa. Majestatyczne Hammondy, ostre wejście bębnów, potem gitara akustyczna i raczej spokojna melodia kontrastująca z krzykliwym wokalem Josha i ponurym tekstem – niby nic wielkiego, ale całkiem przyjemny utwór, wydany zresztą na drugim singlu. Na pierwszy ogień poszedł My Way, Soon, który tutaj figuruje jako drugi. Lekko psychodeliczny, ale bardzo radiowy, niemniej kompletnie mnie nie przekonuje – takie rockowe pitu pitu. Pełna patosu ballada Broken Bells (kolejny singel – może już nie będę o tym wspominał, bo za dużo tych singli, a przecież zwykle te najlepsze nagrania nie wychodzą na małych płytkach) trochę się wlecze, ale imponuje rozbudowaną solówką gitarową w końcówce. Potem już się zaczynają większe lub mniejsze nawiązania do Planta i spółki, i na tych nagraniach się skupię, bo – obok już omówionych – są najlepsze w zestawie. Reszta to tylko tło. Ostry Built By Nations oparto na riffie żywcem wyjętym z Black Dog, stąd wiadome skojarzenia, ale poza tym to zupełnie inny numer, najbardziej hardrockowy w zestawie. Następny dla kontrastu jest bardzo spokojny – Age Of Machine natychmiast budzi skojarzenia z No Quarter, lecz nie ma subtelności i uroku utworu Led Zeppelin, ma za to podobny klimat, niepotrzebnie rozdzierany wrzaskami wokalisty, oraz rozbudowany finał, który na koncertach zapewne jeszcze się rozrośnie. Ciekawie brzmi i broni się chóralno-stadionowy Trip The Light Fantastic. No i wreszcie crème de la crème płyty czyli wielki finał albumu w postaci 9-minutowego utworu The Weight Of Dreams. To jest to! Od początku do końca! Pisałem, że nie oczekuję, ale Greta jednak ma swoje Schody do nieba, i to już na drugiej płycie. Nie chodzi tu o podobieństwo melodii, ale sam pomysł utworu, jego klimat i budowę – delikatny początek, stopniowanie napięcia i potężny finał z genialną, najlepszą na płycie solówką, która wieńczy dzieło i efektownie zamyka zestaw 12 utworów.

Podsumuję krótko: Greta Van Fleet się obroniła. The Battle At Garden’s Gate to dość równa płyta, mocno zakorzeniona w hard i blues rocku lat 70., jest tu wiele nawiązań kojarzących się z tym czy innym wykonawcą, ale to raczej inspiracja niż kopiowanie. Oczywiście wokalista głosem i stylem śpiewania przypomina Roberta Planta, to już z nim zostanie i nie ma sensu robić z tego zarzutu. Przeciwnie – wracają wspomnienia… Amerykanie ze stanu Michigan zrobili spory krok naprzód – poruszają się w tych samych regionach co na debiucie, ale ze znacznie większą gracją. Piosenki są lepsze, bardziej rozbudowane, melodie bardziej konkretne, aranżacje bogatsze. Chłopaki dojrzeli i jeśli dalej będą się rozwijać w tym samym kierunku, to już niecierpliwie czekam na album numer 3, a potem – na mityczną „Czwórkę”. Na razie jest nieźle, a na zachętę podniosę ocenę o jedną gwiazdkę. Warto.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: