BLACK KEYS „Let’s Rock”

Black Keys Let's Rock recenzjaBLACK KEYS
„Let’s Rock”
2019

Let’s Rock! OK, let’s… ale chyba nie z Black Keys. Bo solidnego rocka na nowej płycie duetu z Ohio nie ma zbyt wiele. Narzekałem na poprzedni album Turn Blue, ale teraz nie jest dużo lepiej. Ja rozumiem, że odeszły do lamusa czasy Brothers i El Camino, gdy panowie oferowali mocny blues rock w klasycznej postaci, ale zdobywcy 6 nagród Grammy odpoczywali 5 lat i naprawdę tylko na tyle ich stać? Dobrze, że tytuł Let’s Rock wzięli w cudzysłów…

Oczywiście nieco przesadzam, pojęcie „rock” jest na tyle elastyczne, że nowa muzyka Black Keys na pewno się w nim mieści. Zdecydowanie tak. Zespół wrócił do korzeni, zrezygnował z klawiszy i zbyt wypieszczonej produkcji na rzecz opartego na chwytliwych riffach gitarowego grania w stylu lat 70., i to dobra wiadomość. Jest to bardziej szczere niż bezbarwne mainstreamowe piosenki z Turn Blue. Problem w tym, że nowe nagrania, dość zadziorne, utrzymane w stylu surowego, tanecznego rock’n’rolla rodem z południa USA, chociaż kipią pozytywną energią, są tak samo nijakie, pozbawione dobrych melodii, nośnych refrenów i tego klimatu, który stanowił o sile wymienionych wyżej płyt sprzed niemal dekady, że o wcześniejszych nie wspomnę. Już na starcie utwór Shine A Little Light wprawił mnie w nie lada konsternację – toż to zwykły pop, i to niezbyt wyszukany. Pitu pitu. Potem ratują sytuację singlowe Eagle BirdsLo/Hi – dwa naprawdę zacne utwory, mocno zalatujące T.Rex, wzbogacone o gospelowe chórki, w sumie dość charakterystyczne dla zespołu, i to jest najciekawszy moment albumu, bo później znów jest tak sobie. Oczywiście można się zachwycać drobiazgami – tu świetna linia basu, tam fajny riff albo przester, kapitalne brzmienie czy żywiołowa partia perkusji, ale bez przesady. Tak, Dan Auerbach (gitara i wokal) i Patrick Carney (perkusja) to sprawni rzemieślnicy, potrafią dobrze zagrać, jednak ja chcę czegoś więcej, nie zamierzam na siłę wyszukiwać smaczków i ulegać powszechnej euforii, gdy całość mnie nie porywa. Brak tu konkretów, a te zawsze stanowią o sile wydawnictwa. Czekałem na jakiś kawałek, który zostanie w pamięci, od którego nie sposób się uwolnić, coś jak Howlin’ For You czy Sister, ale nie znalazłem takiego. Najbliżej był Go (kolejny singel) oraz najlepszy w zestawie Get Yourself Together (najlepszy obok wymienionego wcześniej Lo/Hi). Mało tego…

Na koniec pewna konstatacja. Mimo moich uwag „Let’s Rock” to całkiem przyjemna i miła w odbiorze płyta. Może nie rzuca na kolana i nadal jestem rozczarowany, bo po pięciu latach przerwy liczyłem na lepsze, bardziej wyraziste kompozycje, ale powrót do prostego, gitarowego grania cieszy, słucha się tego dobrze (jak ktoś lubi CCR, stary Fleetwood Mac czy ZZ Top – to nawet bardzo dobrze) i muszę przyznać, że na starcie recenzji trochę mnie poniosło, bo jest tu jednak dużo lepiej niż na Turn Blue. Bez porównania lepiej. Kto wie, może za kolejne 5 lat doczekam się czegoś na poziomie El Camino czy Brothers? Tego serdecznie życzę duetowi z Akron w stanie Ohio. Ale też życzę im, by teraz, gdy uporali się z problemami natury osobistej, wzięli się do roboty znacznie szybciej.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: