MARK KNOPFLER Down The Road Wherever

Mark Knopfler Down The Road Wherever recenzjaMARK KNOPFLER
Down The Road Wherever
2018

Ocenianie muzyki to sprawa bardzo trudna. Rzecz jasna, każdy ma tu swoje zdanie, dobrze tylko gdyby było poparte jakimś sensownym argumentem, bo coś takiego jak „obiektywizm” nie istnieje. Gdy Modern Talking nagrywa wciąż jedną piosenkę – to źle, ale gdy robi to Rolling Stones – to już dobrze, prawda? A jak z Markiem Knopflerem, który od rozwiązania Dire Straits gra wciąż jedno i to samo? To dobrze czy źle? Oto zagadka nieśmiertelności… Ja powiem tak: fajnie, że facet ma swój styl i się go trzyma, ale to właściciel trzech muzycznych doktoratów honoris causa, wielokrotny zdobywca nagrody Grammy, legendarny muzyk z top 30 listy „gitarzystów wszech czasów” magazynu Rolling Stone, teraz pracujący nad musicalem. Gdy ktoś taki spoczywa na laurach i regularnie co trzy lata jedynie odgrzewa stare kotlety, trudno go nadmiernie chwalić. Jeśli więc niektórzy za poprzedni album, nudny jak flaki z olejem Tracker dawali ocenę 8 (na 10), to ile dostałby Brothers In Arms Dire Straits? 20? Jeszcze Privateering z 2012 roku dawał radę, przynosił nieco różnorodności, tylko trwał za długo. Dziewiąta płyta artysty też jest długa – Down The Road Wherever to wprawdzie pojedynczy krążek, ale oferuje aż 70 minut muzyki. 14 pięciominutowych, leniwie snujących się piosenek. Wszystkie identyczne, nie da się odróżnić. I to chyba jedyny problem, bo słucha się tego całkiem miło, ale i tak zaśniecie gdzieś w połowie…

Dobrze, żarty na bok, bo wykonałem duży wysiłek, przy pomocy kilku kubków kawy udało mi się wytrwać do końca i nawet wysłuchać tych piosenek kilka razy. Jest do bólu smętnie, na zimowe wieczory jak znalazł, lecz to płyta wyłącznie dla zagorzałych fanów artysty. Aż dziwne, że jest tu tak monotonnie, bo przecież Knopfler zaprosił do współpracy wielu muzyków, pozwalał im ingerować w nagrania, odcisnąć własne piętno. Widocznie oni też nie mieli zbyt wiele do zaoferowania. W jeden z utworów nawet wpleciono fragmenty słynnego hymnu Liverpoolu You’ll Never Walk Alone, ale to i tak najsłabszy moment całego zestawu. Podobnie nie zachwyca utwór pilotujący wydawnictwo na singlu – Good On You Son jest tak bezbarwny, że nie ratuje go nawet partia saksofonu w wykonaniu Nigela Hitchcocka. Jednak jeśli miałbym znaleźć na płycie coś interesującego, co mi umknęło przy pierwszym odsłuchu, chyba byłoby to bogactwo instrumentów użytych podczas nagrywania Down The Road Wherever – poza saksofonem jest trąbka (Tom Walsh), są syntezatory w stylu lat 70. i żeńskie chórki. Niby sporo, ale to wszystko gdzieś ginie, bo folkowo-bluesowe piosenki są zbyt podobne, zlewają się ze sobą, brak tu nie tylko fajnych melodii, ale odrobiny szaleństwa, magii i przede wszystkim urokliwej gitary mistrza. Pisałem to już w jednej z poprzednich recenzji – jeśli chodzi o jakość kompozycji, od artysty tego pokroju wymagam znacznie więcej.

Na plus na pewno piosenka Back On The Dance Floor, znacznie żywsza od reszty (adekwatnie do tytułu), taka trochę w stylu Santany, z miłym brzmieniem syntezatora i ciepłymi wokalizami Imeldy May, to mój faworyt na przebój, chociaż… już nie te czasy, by takie piosenki się przebiły. Na drugim biegunie są dwie cudowne ballady When You Leave i Slow Learner, bardzo kameralne, takie smoothjazzowe, z delikatnymi klawiszami i trąbką. Dwie absolutne perełki na tej pustej drodze dokądkolwiek. Generalnie Knopfler z racji barwy głosu i stylu gry znacznie lepiej wypada w balladach, bo te szybsze kawałki (poza wspomnianym wyżej) na Down The Road Wherever są tak liche, że za karę żadnej nie wymienię. W ogóle już nic więcej nie wymienię, bo tu bardziej liczy się klimat całości niż pojedyncze nagrania. Trzy świetne piosenki, jeszcze ze dwie, trzy w miarę przyzwoite, to i tak całkiem nieźle. Knopfler robi swoje, gra i śpiewa to, co sprawia mu przyjemność, a sukces komercyjny osiągnął już lata temu. Nowy album urzeka melancholią, jak przystało na pana bliskiego 70-tki. Zachwyci fanów i zanudzi całą resztę. Nie szkodzi. Lepsze to niż zdrada tego, co w sercu. Za konsekwencję duże brawa, i głównie za to. Wypada życzyć, by za trzy lata artysta sięgnął głębiej i pokazał choć przebłyski swego geniuszu. Przecież potrafi robić rzeczy wielkie.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Komentarze do: “MARK KNOPFLER Down The Road Wherever

  • rolu

    (9 grudnia 2018 - 22:34)

    Co do Trackera i Brothers In Arms: porównywanie tych 2 albumów jest jak zestawianie obok siebie czołgu i mercedesa. Przecież i jednym i drugim dojedziemy do celu;)

  • KNOPFLEROMANIAC

    (27 grudnia 2018 - 17:47)

    Ten zarzut stawiany Markowi jest już nudny. Ja mam wszystkie Jego płyty, wiele z nich w różnych wydaniach. I jakoś nie mogę się zgodzić, że gra ciągle to samo. Wręcz przeciwnie. Nowa płyta mnie zaskoczyła. Jest bardzo różna od poprzedniej, większe instrumentarium, więcej gatunków muzycznych. Owszem nie ma wiele utworów łatwo wpadających w ucho, ale jako całość stanowi cudowne wypełnienie długich zimowych wieczorów. Zgadzam się co do perełek. Ballady są przejmujące do tego stopnia, że miałem ciary na plecach. Jeśli ktoś kupuje nową płytę dajmy na to Metalica i jest zaskoczony, że na tej płycie jest heavy metal, albo nowe wydawnictwo Diany Krall i dziwi się, iż Ona znów śpiewa jazz, to pewnie zaskoczony będzie każdą nową płytą Marka. No bo nie znajdzie tam odkrywczego reggae wymieszanego z elementami rocka progresywnego i punka oraz hip hopu. Sorry nie ten adres. Mark od lat gra to samo ale nie tak samo. Słowa, muzyka, klimat, cudne chwile w towarzystwie jego płyt. Ostatecznie każda butelka dobrej whisky tego samego gatunku smakuje tak samo… Czyżbyście chcieli czynić jej producentowi z tego powodu zarzuty? Nie sądzę. I mimo że smakuje tak samo, to wciąż do niej wracamy, to wciąż nam się nie nudzi. Mark jest jak dobra whisky. Tak samo dobry, choć w różnych wydaniach smakuje trochę inaczej, to jednak BAZA jest zawsze wyborna. Miłego słuchania.

    • Sławor

      (28 grudnia 2018 - 17:55)

      Dziękuję za długi komentarz, w którym tak naprawdę zgodził się Pan ze mną w wielu kwestiach (większe instrumentarium, niewiele utworów wpadających w ucho, dobra na zimowe wieczory, ładne ballady). Czy ja oczekuję od Marka elementów punka czy prog rocka? Nie. Oczekuję dobrych melodii i choć odrobiny pomysłu na swoją muzykę. Tego tu nie ma. Tak jak napisałem – płyta dla zagorzałych fanów artysty, takich jak Pan. I bardzo dobrze. Jeśli ktoś nie oczekuje więcej, super. Mnie to nie wystarcza, bo musiałbym a priori wszystko chwalić. Z jakiegoś powodu pewne albumy są wielkie i zostają na lata, a inne szybko przemijają, chociaż artysta nie zmienił stylu.
      Natomiast porównanie z alkoholem dziwne i moim zdaniem nietrafione. Od whisky czy innych trunków oczekuję powtarzalności. Od dobrego muzyka absolutnie nie.

  • Smok Eustachy

    (13 stycznia 2019 - 02:55)

    Jedno i to samo od czasów Making Movies chyba. No nie chce być inaczej.

  • Andrzej

    (13 stycznia 2019 - 12:56)

    Glusi nie powinni oceniac , oczywiscie z calym szacunkiem dla głuchoniemych

    • Sławor

      (13 stycznia 2019 - 17:33)

      No brawo panie Andrzeju, piękny komentarz od kogoś, kto zapewne ma monopol na ocenianie. Bo jeśli ktoś ma inne zdanie niż pan, to powinien milczeć, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: