NINE LIVES Jak zostać kotem

Nine Lives Jak zostać kotem recenzja Spacey Walken SonnenfeldNINE LIVES
Jak zostać kotem
2016, USA
komedia, familijny
reż. Barry Sonnenfeld

Na samym wstępie uprzedzę, że nowy film Barry’ego Sonnenfelda (Rodzina Addamsów, Faceci w czerni) wcale nie opowiada o tym, jak zostać kotem. To tylko kretyńska wersja tytułu zaproponowana przez tłumacza-idiotę bez wyobraźni. Opowiada raczej, jak wygląda świat z perspektywy kota i daje okazję do pewnych refleksji nad tym, co jest w życiu naprawdę ważne. Ponieważ jednak obraz jest skierowany głównie do młodej widowni, te refleksje nie są warte funta kłaków. Nie są też odkrywcze – każdy wie, że zaniedbywanie dzieci przez zapracowanego rodzica to coś niewłaściwego. Ale mniejsza z tym, bo nie o wielkie refleksje tu chodzi, tylko o dobrą zabawę i rozrywkę dla całej rodziny, a to film Nine Lives zapewnia (użyłem oryginalnego tytułu, bo ten polski zbyt mnie irytuje).

Kino familijne rządzi się swoimi prawami. Nie będę więc narzekał na infantylny scenariusz (wiecznie zapracowany i bajecznie bogaty biznesmen lekceważący rodzinę i obowiązki domowe na skutek wypadku zostaje uwięziony w ciele kota i adoptowany przez własną córkę, dzięki czemu ma okazję przemyśleć swoje priorytety), bo to częsty przypadek zważywszy na docelową widownię. Treść jest błaha, wykonanie niepozbawione wad (razi zwłaszcza średnio wykonana obróbka komputerowa kota i nienaturalność – albo nadekspresja jego ruchów czy odgłosów), ale przy zachowaniu odpowiedniego dystansu całość ogląda się z dużą przyjemnością. Pomaga w tym zadziwiająco dobra obsada (zamknięty w kocie Kevin Spacey, jego uroczą żonę gra Jennifer Garner, a właścicielem kociego sklepu jest Christopher Walken), polski dubbing nie przeszkadza (niektórzy narzekają, ale chyba tylko dla zasady i z przyzwyczajenia do typowo polskiej specjalności – czyli lektora), docenić trzeba go tym bardziej, że w polskiej wersji językowej w kota wcielił się… Tomasz Kot. Ciekawostką w tym kontekście jest, że główny bohater (Tom Brand) też ma na imię Tomasz…

Nie ma tu fajerwerków, nie ma wyjątkowej historyjki ani bohaterów, których losy śledzimy z wypiekami na twarzy, ale jest dużo miłości i ciepła. To lekka, pozbawiona wulgarności, chwilami nawet wzruszająca komedyjka, z wieloma żartami sytuacyjnymi i nieco zbyt wydumanym finałem, na którą można zabrać swoje pociechy i mieć frajdę razem z nimi. Pan Puszek jest przerysowany, lecz przy okazji uroczy i piękny, co na pewno docenią wszyscy kociarze. Zresztą kot to tylko metafora. Dzieciaki się ubawią, a dorośli przypomną sobie, że należy poświęcać im więcej czasu.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: