KNOCK, KNOCK Kto tam?

Knock Knock Kto tam recenzja Reeves RothKNOCK, KNOCK
Kto tam?
2015, USA
thriller, reż. Eli Roth

Eli Roth sam stworzył Hostel i razem z Tarantino wyreżyserował Bękarty wojny – już samo to wiele mówi o jego psychice i jasno precyzuje oczekiwania wobec kolejnych produkcji. Tym bardziej, gdy do nowego filmu udało mu się zatrudnić Keanu Reevesa, który grywa rzadko i jak dotąd na ogół właściwie dobierał role. Jednak tym razem maniacy grozy i przyprawiających o gęsią skórkę klimatów gore będą mieli trudny orzech do zgryzienia. Najnowsze dziecko Rotha Knock, Knock (u nas wprowadzone na DVD pod tytułem Kto tam?) ma tyle samo wad co zalet. Dla jednych będzie totalnym gniotem, innych zaintryguje swoją perwersją i absurdem samej sytuacji, która przecież każdemu facetowi mogłaby się przytrafić. Jedno jest pewne – film nie pozostawia widza obojętnym, a to już coś. Nie jest to zresztą dzieło oryginalne, tylko dostosowany do współczesności remake filmu Death Game z 1977 roku. W obsadzie znalazła się nawet Colleen Camp z pierwowzoru (zagrała epizod, ale jednak).
Evan to kochający mąż i wzorowy ojciec. W jeden z weekendów odpuszcza wspólny wyjazd z rodziną i zostaje w domu by popracować. Za oknem leje jak z cebra, do drzwi pukają dwie atrakcyjne młode dziewczyny prosząc o pomoc. Mężczyzna wpuszcza je do środka, pozwala skorzystać z facebooka, częstuje kawą i zamawia taksówkę, na którą trzeba poczekać niemal godzinę. Czas wypełnia rozmową, która stopniowo schodzi na intymne tematy. Ślicznotki nie mają żadnych oporów, proszą o wysuszenie ubrań, zaś odziane tylko w szlafrok otwarcie flirtują z gospodarzem. Ten początkowo stara się trzymać dystans (w końcu od 14 lat nie zdradził żony), jednak widok dwóch nagich, chętnych ciał i podwójne fellatio robią swoje. Facet ulega i spędza z dziewczynami upojną noc (później powie „co miałem zrobić? Byłyście jak dwie darmowe pizze, które wlazły mi do domu!”). Następnego dnia sielanka się kończy – uwodzicielki otwarcie oskarżają Evana o gwałt na nieletnich, mężczyzna oczywiście im wierzy, nie sprawdza dowodu osobistego, boi się wezwać policję i godzi się na emocjonalny, a potem fizyczny szantaż. Rozpoczyna się psychologiczna rozgrywka między dwiema socjopatkami a zdesperowanym człowiekiem, który tylko chciał być uprzejmy. Nie zdradzę zakończenia, napiszę jedynie, że Eli Roth jest reżyserem nietuzinkowym i przygotował pewną niespodziankę.
Mam spory kłopot z tym obrazem. Sama tematyka jest jak najbardziej wiarygodna, bo w podobnej sytuacji mało który facet by odmówił, ale to nie świadczy o jakości obrazu. Dwie zgrabne kobiety odkrywające na moment swe wdzięki to też za mało (bo to przecież nie erotyk), a drewniana gra Keanu Reevesa obniża wiarygodność i realizm zdarzeń równie mocno, jak kulejący i mocno naiwny scenariusz z głupawymi dialogami, przerysowanymi postaciami i słabo budowanym napięciem. Swoją drogą to aż dziwne, że znany i doświadczony przecież aktor kompletnie nie potrafi oddać emocji, w tym aspekcie już lepiej wypadają dwie nieznane panie, które miały wyglądać seksownie i nic więcej. W sumie wszystko wygląda trochę nijako – ni to straszne (bo zbyt przegięte, poza tym zemsta nieadekwatna do winy), ni to śmieszne (niemniej jest kilka zabawnych tekstów, jak choćby ten cytowany wyżej). Jednak Kto tam? to nie komedia i zamysłem reżysera raczej nie było rozbawienie widza, bardziej pobudzenie do przemyśleń, refleksji nad podejmowanymi decyzjami. Jeden mały błąd może zrujnować życie. Ale film Rotha to nie tylko przestroga przed wpuszczaniem do domu obcych, tym bardziej gdy wyglądają zbyt atrakcyjnie (życie to nie bajka i takie laski nigdy nie dają niczego za friko – w ten czy inny sposób zawsze trzeba płacić). Jest też inny, może nawet ważniejszy aspekt – sens obowiązującego prawodawstwa, które w przypadku oskarżenia o gwałt automatycznie stawia kobiety w uprzywilejowanej pozycji. Zbzikowane bohaterki doskonale o tym wiedziały, a już sama groźba sparaliżowała niewinnego człowieka przed racjonalnym działaniem (czytaj: wezwaniem policji, sprawdzeniem wieku kobiet, wygonieniem ich, itd.).
Rozpisałem się o filmie, którego recenzja powinna zamknąć się w kilku zdaniach. Tematyka tematyką, lecz sam obraz nie jest niczym szczególnym. Lekki w odbiorze, bezpretensjonalny, a te wszystkie przegięcia zamiast strachu i emocji wywołują banana na twarzy. Może jednak o to chodziło? Film dobry na raz, do zabicia czasu przy piwie lub w towarzystwie. I to głównie męskim.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: