PIXELS Piksele

Pixels Piksele recenzja Columbus Sandler Monaghan PIXELS
Piksele
2015, USA
sci-fi, komedia, reż. Chris Columbus

Adam Sandler, ostatnimi czasy niemal stały kandydat do Złotych Malin za najgorsze role męskie, nie jest dobrą wizytówką najnowszego filmu Chrisa Columbusa. Reżyser znany choćby z dwóch filmów o Kevinie (który został sam w domu) czy Harrym Potterze, tym razem wpadł na pomysł nostalgicznej wycieczki do lat 80/90, dzięki której na ekranie miało być fajnie, śmiesznie i oldskulowo, a dzięki obficie serwowanym efektom CGI zarazem bardzo nowocześnie. Miało być lecz niewiele z tego wyszło. Oto cała plejada kultowych bohaterów gier wideo z tamtych lat zmaterializowana w kosmosie powraca na Ziemię, by ją zniszczyć. To jednak nie jest typowa inwazja. Pac-Man, Donkey Kong, Mario i inne tego typu postacie zamieniają świat w… piksele. Armie USA i Wielkiej Brytanii są bezradne, ale cóż znaczą wyszkoleni żołnierze wobec prostego bohatera z ludu, który znów nieomal w pojedynkę uratuje świat? Do walki z kosmitami staje uzbrojony w efektowną spluwę mistrz gier komputerowych sprzed lat, dziś instalator kablówki Sam (Sandler) oraz jego dwóch równie „utalentowanych” kolegów. Tak przedstawia się fabuła tej produkcji dla… no właśnie: dla kogo? Dla dzieci w wieku przedszkolnym? Dla ludzi o IQ ameby? Co bowiem szczególnego robią trzej panowie? Strzelają do wroga! No tego rzeczywiście żołnierze nie potrafią…
Przy tego typu produkcji pytanie zasadnicze brzmi: czego po niej oczekujemy? Jeśli prostej, efekciarskiej rozrywki, to taką tu znajdziemy. Jeśli czegoś więcej: logiki, sensu, dowcipnych dialogów, przyzwoitego aktorstwa, wciągającej historii, to lepiej dać sobie spokój. Nie mam nic przeciwko głupkowatym filmom bo czasem trzeba się odmóżdżyć. Szkoda tylko, że Columbus aż tak przeszarżował. Historia nie ma najmniejszego sensu, kosmici mając taką nomen omen kosmiczną technologię robią za mięso armatnie i padają jak muchy, a wszystkie postacie ludzkie są stereotypowe, wręcz karykaturalne i nie budzą sympatii: Sandler to przekonany o własnym uroku nadęty buc z jednym wyrazem twarzy, jego partnerzy to wypuszczony z więzienia prymitywny oszust oraz typowy nerd zamieszkujący z babcią i wietrzący wszędzie spiski, prezydent USA (Kevin James) potrafi rzucić niezłym tekstem lecz jest wciąż małym dzieckiem profanującym urząd, zaś jego doradczyni (Michelle Monaghan) to rozchwiana emocjonalnie kobieta, która chce zarządzać światem nie potafiąc zarządzać własnym życiem (nie pocałuje zwykłego montera, ale gdyby ten miał jacht, to już co innego). Jedyne, co się reżyserowi udało, to wykreowanie klimatu retro i wskrzeszenie sympatycznych wspomnień u dziejszych 40- i 50-latków. To jednak trochę za mało, by przyklasnąć tej mizernej produkcji. Miało być fajnie i śmiesznie, wyszło bezbarwnie i nijako.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: