HOUSE OF LORDS Indestructible

House Of Lords Indestructible recenzjaHOUSE OF LORDS
Indestructible
2015

House Of Lords to amerykańska grupa grająca melodyjny hard rock, założona przez klawiszowca Gregga Giuffria w 1987 roku po rozpadzie jego macierzystej formacji Giuffria. Nie jest to zespół specjalnie popularny w Polsce i najnowszy, dziesiąty już krążek formacji Indestructible raczej tego nie zmieni, jednak słuchaczom szukającym w muzyce rockowej nawiązań do lat 90. zapewni 50 minut znakomitej rozrywki. Kto by się tego spodziewał w 2004 roku, gdy po 12 latach przerwy panowie w mocno zmienionym składzie, już bez Giuffrii wydali nie najlepszy album The Power And The Myth, że tak świetnie sobie poradzą? Nie chodzi o jakieś wielkie komercyjne sukcesy, bo tych nie ma, ale kolejne dwie płyty zespołu naprawdę mogły się podobać. Ile to bardziej znanych rockowych czy pop-rockowych kapel mogłoby się uczyć komponowania od Kalifornijczyków. Dobre melodie, zgrabne refreny, kapitalne solówki – wszystkie te cechy muzyki House Of Lords, troszkę zaniedbane na kolejnych krążkach, powróciły wraz z nowym albumem. Znów jest dobrze i zespół zgodnie z tytułem dowodzi, że naprawdę jest niezniszczalny.
Muzyka rockowa nawiązująca do rocka lat 90. nie może być nadmiernie ambitna, ale też nie powinna być zbyt kiczowata, i właśnie odpowiednią równowagę między tymi elementami oferuje House Of Lords. Są tu wprawdzie trzy mniej lub bardziej nijakie ballady, lecz cała reszta to już solidne rockowe łojenie. Różnica w stosunku do ubiegłorocznej płyty Precious Metal jest naprawdę spora. Czasem jest ostro i czadowo jak w Stand And Deliver czy 100 Mph (tu nie ma wyjścia, bo 100 mil na godzinę to poważna prędkość), innym razem bardziej przebojowo jak w Ain?t Suicidal czy Another Dawn, a wszystko przebijają dwa kawałki z początku albumu: tytułowy Indestructible i singlowy killer Go To Hell. W takich mocnych, hardrockowych numerach muzycy wypadają najlepiej. Doskonale śpiewa James Christian, jedyny weteran na pokładzie, prawdziwy mózg zespołu, świetne solówki wywija Jimi Bell, a takimi nagraniami jak te dwa Amerykanie dają wyraźny sygnał, że forma rośnie i trzeba na nich uważać, bo nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: