EVERGREY Hymns For The Broken

Evergrey Hymns For Broken recenzjaEVERGREY
Hymns For The Broken
2014

Nigdy nie rozumiałem zachwytów nad twórczością grupy Evergrey. Owszem, Szwedzi grają solidnie, jak wiele skandynawskich kapel, ale to chyba tyle, co mogę powiedzieć. Nie dorobili się wielkich, ważnych albumów ani pamiętnych hitów, które jednym tchem wymieni każdy choć trochę wyedukowany fan rocka. Może o takowe trudno przy progresywnym gothic metalu, a takie właśnie terminy zwykle określają muzykę Evergrey. Ich najnowszy krążek, wydany po 3 latach milczenia Hymns For The Broken, zasadniczo nie zmienił mojego postrzegania zespołu. Niezależnie od tej opinii znów muszę przyznać, że muzyka Evergrey to wciąż kawał dobrego, mięsistego grania, choć troszkę zbyt dużo tu balladowych klimatów i spokojnych klawiszy kosztem wyrazistych, potężnych gitar.
Zaczyna się z grubej rury – po krótkim intro wchodzi singlowy, zilustrowany fajnym teledyskiem King Of Errors. Marszowy początek, konkretny riff, przebojowy refren, eleganckie zwolnienie w drugiej zwrotce – takiego grania nigdy za wiele. W ciężkim A New Dawn już nie jest tak dobrze, zaś Wake A Change to raczej nie moje klimaty (nijaka ballada z chóralnym refrenem). I duża część albumu właśnie tak wygląda – potężne brzmienie, ale mocarne fragmenty przeplatają się ze słodkimi, które nie są na tyle wyraziste, by je zapamiętać, polubić czy chociaż zanucić. Jednak Hymns For The Broken ma też kawałki godne uwagi, a nawet zupełnie zmieniające zdanie o tym wydawnictwie. Do tych pierwszych zaliczam czaderski The Fire i podniosły utwór tytułowy, zaś o sile albumu stanowi jego kapitalny finał. Zaledwie dwa kawałki, lecz to prawdziwe rockowe perełki, pełne dramatyzmu i pasji, bardzo emocjonalnie zaśpiewane przez Toma S. Englunda. Najpierw The Grand Collapse, gdzie gitary tną niczym serie z karabinu – utwór ciężki i mroczny, najpotężniejszy w zestawie, z intrygującym motywem klawiszowym i genialną solówką gitarową. To chyba najlepszy Evergrey ever! Po nim następuje ukojenie w postaci The Aftermath – tym razem prawdziwej ballady, z łkającą gitarą, narastającym rytmem, pięknym wokalem i orkiestrową aranżacją. Może brak tu pazura typowego dla Szwedów i ich wcześniejszych krążków, ale co z tego? Pozostaje wszechobecny mrok i to wystarcza. To dwie kapitalne kompozycje, które przynajmniej o jedną gwiazdkę podnoszą moją ocenę całości materiału. Wierzcie mi – warto było dotrwać do tego momentu.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: