ARCHIVE Restriction

Archive Restriction recenzjaARCHIVE
Restriction
2015

altaltaltaltalt

To jedna z pierwszych ważnych premier 2015 roku. Muzycy z Archive przez kilka miesięcy pracowali nad nową płytą i wcale nie spieszyli się, by wydać ją przed Gwiazdką. Chociaż chyba taki był zamysł, skoro na okładce widnieje rok 2014… Tak czy owak mamy dziesiąty już album niezwykle lubianej w Polsce kapeli, w ramach promocji której muzycy nie omieszkają odwiedzić naszego kraju (4 koncerty pod koniec marca). Zresztą trasa promująca Restriction ma być największym i najbardziej ambitnym tournee w historii zespołu. A jak krążek prezentuje się od strony muzycznej? „Stworzyliśmy album, który składa się z 12 indywidualnych kompozycji. Wszystkie razem tworzą jedną całość, jednocześnie muzycznie są bardzo zróżnicowane i wyjątkowe”, mówi współzałożyciel zespołu Darius Keeler. Trudno się z częścią tego stwierdzenia nie zgodzić. Nagrania tworzą całość gdyż są ze sobą połączone, poza tym nie ma mowy o wyjątkowości czy nawet spójności materiału. Przyznam, że kocham Archive za dawne, bardziej progrockowe płyty z początku tego stulecia, natomiast te nowsze z ucieczką w transową elektronikę jakoś mnie nie przekonują. Znak czasów? Może, ale po słynnym 16-minutowym Again, a dla większości osób to był pierwszy kontakt z muzyką londyńczyków, trudno zaakceptować rewoltę stylistyczną w kierunku Feel It, Restriction czy singlowego Kid Corner. Wręcz nie da się. To ukryty pod masą przesterów zwykły łomot i nieznośny hałas.
   Wyjścia są dwa – albo iść z duchem czasów i docenić, że grupa unowocześniła brzmienie, odeszła od floydowych klimatów na rzecz elektronicznej dyskoteki, albo powiedzieć stanowcze nie. Ja wybieram tę drugą opcję. Na Restriction jest sporo nijakiego grania, które mi zupełnie nie podchodzi i nie potrafię go docenić (ale zrozumiem, że kogoś taka kakofonia może przekonać). Wręcz mierzi mnie, że grupa tak się zmieniła, zaprzedała swą artrockową duszę i zamiast pełnej melodii rockowej poezji serwuje połamane rytmy podlane syntezatorowym sosem. Na szczęście są na albumie również delikatne ballady, a to całkiem mocna strona Archive, i pozwalają na chwilę odpoczynku od tego nowoczesnego jazgotu. Śpiewane przez Holly Martin End Of Our DaysBlack And Blue, Marię Quintile Half Built Houses czy Dave’a Pena Third Quarter Storm mogą się podobać lecz już nie hipnotyzują tak mocno jak niegdyś I Will Fade czy Fold.
   Po wydanym w połowie 2014 roku podniosłym i w sumie całkiem znośnym albumie Axiom Restriction to duży krok w tył. Kolejny dowód na to, że jeśli się wydaje nową muzykę co 2 lub 3 lata, skrócenie tej przerwy do 6 miesięcy nie wychodzi na zdrowie. Brak pomysłów, brak świeżości… albo po prostu zmiana stylistyki kapeli, która wyraźnie wzoruje się na Nine Inch Nails z ostatniego krążka Hesitation Marks. W każdym razie londyńczycy mnie nie przekonali. Na plus kapitalna okładka, ale cóż to znaczy wobec rozczarowującej muzyki?

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: