MANFRED MANN Lone Arranger

Manfred Mann Lone Arranger recenzjaMANFRED MANN
Lone Arranger
2014

altaltaltaltalt

„Oł dżizas” chciałoby się zakrzykąć po wysłuchaniu najnowszej płyty Manfreda Manna. Ten pochodzący z Afryki niezwykle zasłużony dla brytyjskiej sceny rockowej muzyk działa już ponad 50 lat. Jedni pamiętają go z prostych hitów lat 60., jak 5-4-3-2-1 czy Do Wah Diddy Diddy, inni (w tym ja) głównie z kapitalnych kawałków rockowych nagranych dekadę później z Ziemską Orkiestrą. Manfred Mann’s Earth Band na stałe zapisał się w kanonie rocka choćby albumem The Roaring Silence i świetną interpretacją Blinded By The Light Bruce’a Springsteena. Covery to zresztą była specjalność pana Lubowitza (bo tak brzmi prawdziwe nazwisko Manna) – najchętniej sięgał po kompozycje Boba Dylana robiąc z nich prawdziwe arcydzieła, a jego wersja Father Of Day, Father Of Night do dzisiaj rzuca na kolana. Tylko że od wtedy minęło ponad 40 lat. I wszystko byłoby dobrze, gdyby żyjący z tantiem od klasycznych płyt pan Manfred nagle nie zapragnął przypomnieć o sobie. Wybrał do tego pozornie jedyną rozsądną formę – nagrał album z coverami. W teorii wszystko gra, jednak po wysłuchaniu nowej muzyki stwierdzam, że Manfred cierpi już na demencję starczą i przez owe kilkadziesiąt lat kompletnie zapomniał, jak się to robi.
Wybrał niemal same wielkie kawałki, tylko że od sasa do lasa: mamy tu więc i rockowe perły All Right Now Free, Light My Fire Doorsów czy We Will Rock You Queenów, mamy Bang A Gong T.Rex oraz klasyki popu Nothing Compares 2 U Prince’a wylansowany przez Sinead O’Connor czy I Heard It Through The Grapevine Marvina Gaye’a znany z wersji Creedence Clearwater Revival, jest też fragment Concierto De Aranjuez Rodrigo i masa innych numerów, które mają ze sobą tylko tyle wspólnego, że są znane. Na szczęście, bo w wersjach Manfreda Manna trudno je rozpoznać. Trip-hopowo-jazzowo-klubowo-raperski bełkot – tak to można w skrócie określić. Jeśli można jakkolwiek zepsuć tak świetne kawałki – afrykański starzec zrobił to wzorcowo. Może chciał cofnąć zegar? Albo trafić do młodzieży? Z takim szajsem nie ma szans. Jay-Z w pierwszym utworze to tylko prolog, wystarczy odpalić numer 2 – klubową wersję All Right Now, i już wiadomo, co będzie dalej. Jak ktoś nie wierzy i wciąż myśli, że się przesłyszał – polecam numer 3 Rock You, chyba ze wstydu nie nazwany pełnym tytułem We Will Rock You, gdzie jakiś babsztyl masakruje ten genialny utwór Queenów. Dalej brnąć nie ma sensu, bo wcale nie jest lepiej. Co też strzeliło do łba temu świetnemu muzykowi, żeby tak sprofanować klasyczne kawałki – wie tylko on sam. Nazwisko zobowiązuje, szacunek do własnej twórczości również, i nie wolno popełniać takich zbrodni. Dla mnie Lone Arranger to główny kandydat na najgorszą płytę 2014. Trudno będzie to przebić.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: