SABATON Heroes

Sabaton Heroes recenzjaSABATON
Heroes
2014


Lubię power metal lecz jakoś nigdy nie uległem czarowi Sabatonu. Nawet 2 lata temu, gdy wraz z wydaniem albumu Carolus Rex (słabiutkiego jak rozwodniona kawa) prawdziwa sabatonmania ogarnęła Polskę. Ten sukces mnie nie dziwi, wszak muzyka Szwedów jest skrojona pod masowe gusta i jako taka trafia w dziesiątkę. Nie inaczej będzie z ich siódmą płytą Heroes i nie ma tu znaczenia, że nagrał ją zespół zupełnie innych muzyków. W Sabatonie doszło do rozłamu i czterej panowie musieli w trybie natychmiastowym odejść z kapeli. Na pokładzie pozostali główni twórcy repertuaru Joakim Brodén i Pär Sundström, którzy szybko dobrali nowych członków, dokończyli trasę i stworzyli materiał na kolejny krążek. Jak łatwo zgadnąć, rewolucja personalna nie wpłynęła na rewolucję stylu czy brzmienia grupy bowiem ci sami twórcy zaproponowali album dość podobny do poprzednika, z jeszcze większą ilością tandetnych klawiszy, pseudopatetycznych chórków i nośnych refrenów. Skoro był sukces – po co cokolwiek zmieniać? O wyrazistości zupełnie zapomniano – zresztą ten termin chyba nie funkcjonuje w słowniku Sabatonu.
   Ponieważ znacznie bardziej cenię muzykę niż teksty utworów (zawsze twierdziłem, że muzyka to nie tomik wierszy i melodia jest ważniejsza niż słowo pisane) więc nie będę analizował treści przekazywanych przez Sabaton. Wiadomo, że od dawna Szwedzi śpiewają o wojnie i jeśli kogoś ta koncepcja przekonuje, będzie usatysfakcjonowany. Lepsze to niż puste teksty o niczym serwowane przez wielu rockmanów. Jest nawet element polski, mianowicie utwór Inmate 4859 o rotmistrzu Witoldzie Pileckim. Dziwnym trafem jest to jedyne nagranie, które można zapamiętać po wysłuchaniu Heroes – nie dlatego, że o rodaku, lecz ponieważ to jedyny wolniejszy kawałek, bliższy estetyce Black Sabbath niż Sabaton. Mamy też The Ballad Of Bull, ale to tak koszmarna ballada, że lepiej zapomnieć o jej istnieniu. Pozostałe kompozycje pod względem melodyki są niemal identyczne, w każdym razie zrobione według tej samej recepty, i trudno tutaj coś wyróżnić. Chyba że in minus – tutaj przoduje singlowy, megatandetny numer To Hell And Back, z rytmiką rodem z dyskoteki i irytującymi fujarkami wygrywającymi coś na wzór motywu Gimme! Gimme! Gimme! Abby (albo jak kto woli: Hung Up Madonny). Brrr! Dużo lepszy był drugi singel – bardziej agresywny, oparty na mocnym riffie Resist And Bite to fajny kawałek, choć znowu trudno nie dostrzec zapożyczenia: zaczyna się jak Thunderstruck AC/DC. Reszty nie wymieniam, bo nie ma potrzeby – jak wspomniałem, piosenki są identyczne i mnie znudziły już po kilku minutach. Mimo wszystko Heroes to album nieco lepszy od Carolus Rex i z pewnością spodoba się miłośnikom metalowej prostoty ubranej w chóralne zaśpiewy i podniosłe refreny. Trzeba zaakceptować, że Sabaton nieco standeciał i już nie nagra albumu na miarę debiutu czu Metalizer. Wtedy też było szybko i mocno, ale bez tej calej schlebiającej mało wysublimowanym gustom otoczki.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: