Dortmundzkie refleksje

Carlo Ancelotti Real porażka Borussia DortmundPo wczorajszym spotkaniu na Signal Iduna Park pora na garść refleksji ze strony zatroskanego fana Królewskich. To nie chodzi o jeden (kolejny już w ostatnich tygodniach) przegrany mecz, ale o styl gry drużyny, która przecież wciąż aspiruje do wygrania potrójnej korony. Borussia bezlitośnie obnażyła wszystkie braki drużyny Ancelottiego, prowokując do pytań o sens pracy włoskiego szkoleniowca. Najpopularniejszy polski portal poświęcony Realowi Madryt zatytułował swoją relację „Pófinał wstydu”, więc nie będę jedynym narzekającym. Przykro było patrzeć na niezdarne próby ułożenia gry przez madrytczyków. Mecz można przegrać, ale drużynie z „równowagą” tak zły występ nie ma prawa się przydrzyć. Dlatego każdy fan Blancos ma prawo zadać pytanie, o co w ogóle chodzi i dlaczego Real zagrał aż tak źle. Ja się spytam inaczej: gdzie są wyniki pracy włoskiego trenera? Na czym polega jego wkład w drużynę ułożoną przez Mourinho, którą w spadku odziedziczył i wzmocnił kilkoma transferami? Wygląda na to, że Ancelotti dostał kilka luksusowych limuzyn, ale nie bardzo umie nimi kierować. A może, jak powiedział mój kolega Robert, dostał limuzyny na rajd Paryż-Dakar? Coś w tym jest, bo tu trzeba zasuwać, czasem się ubrudzić, a nie delikatnie sunąć po równej szosie….
   Pisałem o tym wielokrotnie, ale spróbuję podsumować moje zastrzeżenia do gry Realu Madryt pod wodzą Ancelottiego. I nie chodzi o mecz z Dortmundu, tylko ogólne wrażenie po dobiegającym końca sezonie, który mimo wszystko jeszcze przecież może się pięknie zakończyć.
Brak szybkości i intensywności – tu właściwie nie trzeba wiele dodawać. Borussia pokazała, co to jest intensywność. Nie dała rywalowi swobodnie grać piłką, stosowała skuteczny pressing już na połowie Realu, odbierała mu piłki i dominowała w środku pola. Różnica była przytłaczająca. Podobnie wcześniej zdominował Królewskich Villarreal czy Athletic Bilbao w lidze hiszpańskiej na własnym terenie. Te drużyny nie mają wielkich gwiazd, ale nadrabiają to ambicją i bieganiem, podczas gdy Blanocs sprawiają wrażenie źle przygotowanych pod względem kondycyjnym (albo im się nie chce – ale staram się tak nie myśleć). Dokładnie to samo zrobiło wczoraj Atlético eliminując Barcelonę, której nawet tiki-taka nie pomogła, bo grała w jednostajnym tempie i nie miała pomysłu na atak. Tu doszedł drugi element – szybkość. Zawodnicy Simeone wyprowadzali szybkie ataki i utrzymywali piłkę nawet w bardzo trudnych sytuacjach. Pierwszy kwadrans meczu to była magia. Nie widziałem tak grającego Realu za czasów Ancelottiego w ani jednym spotkaniu tego sezonu. A właśnie tak trzeba. Obejrzeć i kopiować.
Brak pasji w grze – to jest to, czego zabrakło Barcelonie do sukcesu, i czego brakuje też Realowi. Zawodnicy Atlético czy Borussii mieli tę pasję. Oni chcieli wygrać tak bardzo, że walczyli do upadłego o każdą piłkę, jakby od tego zależały losy meczu. Widać, że są głodni sukcesu, że są niesamowicie zmotywowani. Tymczasem Real często na boisku sprawia wrażenie, że nie bardzo mu się chce walczyć, piłkarze wyglądają na spełnionych. Jakby mieli zanotowane w głowach: jesteśmy Realem więc i tak wygramy. Ano nie zawsze, czasem trzeba się solidnie naprawcować, a popisy indywidualne nie wystarczą wobec dobrze zorganizowanego rywala. Pasja była obecna w grze Realu w drugim sezonie Mourinho – to było widać i to się przełożyło na wyniki i rekordy ligowe.
Brak gry bez piłki, wychodzenia na pozycję – to błąd powiązany z brakiem szybkości i intensywności. Na boisku nie ma ruchu, zawodnik prowadzący piłkę nie ma komu podać, bo reszta jest pochowana i tylko czeka, co ten zrobi. To zupełnie bez sensu. Futbol to gra zespołowa i polega na podawaniu, a nie prowadzeniu piłki. To element, nad którym trzeba dużo pracować na treningach, powiązany z grą z pierwszej piłki, która też kuleje (o czym niżej). Zresztą nawet ci piłkarze (na ogół Bale, czasem Benzema), którzy robią nagły ruch do przodu i wychodzą na dobrą pozycję, zwykle nie dostają podania, bo akurat Illarra czy Modrić wolą bezpiecznie zagrać do tyłu. Tymczasem trzeba ryzykować, inaczej po kilku takich sytuacjach zawodnik już nie szuka pozycji, bo po co ma się fatygować? Wyjątkiem jest Cristiano, który piłkę zawsze dostaje, nawet wtedy, gdy ktoś inny jest lepiej ustawiony. To też bez sensu.
Zbyt zachowawcza gra i defensywna taktyka – pamiętacie włoski termin catenaccio? To system taktyczny kładący szczególny nacisk na dobrze zorganizowaną obronę i faule taktyczne (innymi słowy murowanie bramki), przez który latami nie dało się oglądać gry włoskich drużyn. Coś z tego siedzi w mentalności Ancelottiego. Nic dziwnego – jest Włochem, i to w słusznym wieku, dorastał podczas mody na catenaccio. Nie ma nic złego w zabezpieczeniu tyłów i tzw. „równowadze”, o której wciąż wspomina, ale kibic oczekuje gry „na tak”, ofensywnej i widowiskowej, a nie przyczajenia się w polu karnym i wyczekiwania okazji na kontrę. Real w Dortmundzie nie wyszedł, by wygrać – wyszedł, by nie przegrać, i taka taktyka przy wymienonych tu brakach srogo się zemściła. Real i tak strzela dużo bramek, bo ma dobrych graczy z przodu, ale takie defensywne nastawianie drużyny to poważny błąd taktyczny. Real powinien dominować i rządzić w środku pola, taką grę obiecywał Włoch, a tymczasem zbyt często na zbyt wiele pozwala swoim rywalom, a wolnej i pasywnej gry wprost nie da się oglądać.
Słabe wyszkolenie techniczne – wstyd pisać, ale często piłka odskakuje przy przyjęciu, a madrytczycy gubią się w sytuacjach, gdy na małej przestrzeni trzeba wykonać kilka podań. To elementy do wyćwiczenia na treningu i czołowa drużyna Europy nie ma prawa mieć takich problemów. W tym punkcie trzeba wspomnieć o walce jeden na jeden. Tu też kuluje technika, bo zawodnicy Realu boją się takich pojedynków, dlatego często wprowadzenie piłki przez obrońców trwa całe wieki, a i rozgrywający wolą podać do tyłu lub nawet do bramkarza niż minąć rywala. Źle to wygląda. Parcie do przodu ma jedynie Modrić i Di Maria, ale Argentyńczyk często gubi się w dryblingach. Nadużywa ich też Isco, ale jego technika jest nienaganna. Alonso nie ryzykuje, a uparcie lansowany Illarramendi to osobny rozdział. Facet może się nadaje na polską ligę, ale nie do Realu.
Brak gry na jeden kontakt – to się wiąże z punktem poprzednim. Skoro kuleje technika, to nie wychodzi gra z pierwszej piłki. Nie wspominam o dziesiątkach podań wymienianych między obrońcami na własnej połowie, bo to tiki-taka dla ubogich. Niby uspokaja grę, ale pożytek z tego niewielki. Z kolei zawodnicy ofensywni boją się ryzykować gry na jeden kontakt i często wybierają bezpieczne zagranie do zawodnika obok. Akcje są zatrzymywane, często cofane do obrońców lub – o zgrozo – bramkarza. Żal serce ściskał, gdy widziałem podania do Casillasa z połowy Borussii, bo zawodnik nie umiał minąć rywala i bał się wziąć odpowiedzialność za zagranie do przodu. A przecież ryzykować warto, bo tylko tak można zaskoczyć przeciwnika. Tak charakterystyczne dla Realu długie podania górą rzadko są celne – na ogół to bezmyślna strata piłki.
Słaba psychika – zawodnicy Realu nie umieją zareagować, gdy sprawy nie idą po ich myśli. Grają rozluźnieni dopiero wtedy, gdy wysoko prowadzą. Jeśli przegrywają, wkrada się panika – było to bardzo widoczne w Dortmundzie. Potrzebna jest zmiana mentalności i szybkie reakcje w spotkaniach, w których przeciwnik dominuje. Ale to się łączy z tym, co napisałem wyżej – trzeba więcej biegać, walczyć o każdą piłkę, stosować pressing, siedzieć na przeciwniku, nie pozwalać mu swodobnie rozgrywać piłki w środku pola.
   Nie wymieniłem wszystkiego, bo przecież dochodzą jeszcze rzeczy niezawinione przez trenera, jak kłopoty kadrowe i brak pełnowartościowych zmienników czy zmienna forma rozgrywających, ale to też praca szkoleniowca, by wymagać odpowiednich wzmocnień, a nie opowiadać, że wszystko jest dobrze i kadra znakomita. Alonso od podpisania kontraktu jest cieniem samego siebie, gra słabo i nie jest żadnym reżyserem poczynań drużyny. Uparcie lansowany na jego następcę Illarramendi to parodia gracza kreatywnego. Człowiek, który umie grać tylko do tyłu lub do najbliższego zawodnika w Dortmundzie zaliczył najgorszy występ w tym roku. Może nie wie, że można inaczej? Że można czasem minąć przeciwnika i zagrać niekonwencjonalnie? Pożytek z niego z przodu taki, jak z Arbeloi – czyli żaden. A na ławce marnuje się dużo lepszy Casemiro. Nie wiem, czy to nie kwestia polityczna – wszak Illarra jest Hiszpanem i kosztował klub 5 razy więcej niż Brazylijczyk więc musi grać. Niemniej kreatywny pomocnik potrzebny od zaraz. To samo z napastnikiem. Benzema nawet w najlepszej formie jest co najwyżej w drugiej dziesiątce napastników europejskich i Real zasługuje na kogoś lepszego. Poza tym Francuz musi mieć pełnowartościowego zmiennika, a Morata takim nie jest.
   Niezależnie od zmian kadrowych niezbędna jest zmiana filozofii gry Realu. Nie wiem, czy Carlo Ancelotti i jego staromodna myśl szkoleniowa to gwarantuje. Wątpię. Chciałbym oglądać w Madrycie (i to na Bernabéu, a nie na Calderón) ofensywny i efektowny futbol, a nie nudną i spokojną grę z chwilowymi zrywami i krótkimi momentami chwały. Chciałbym widzieć żyjącego meczem, dynamicznego trenera, a nie siwego starszego pana siedzącego spokojnie na ławce i żującego gumę. Jakże inny jest Klopp czy Simeone – dwaj faceci, którzy zbudowali wielkie drużyny dosłownie z niczego. Nie dostali w spadku po poprzedniku galerii gwiazd, tylko stworzyli zespół od podstaw. Może dlatego tam wszyscy zawodnicy harują za dwóch? To jest właśnie praca trenera – ma motywować i  zarażać entuzjazmem. Czym zaraża nasz Carletto? Siłą spokoju? Równowagą? W ilu aspektach jego drużyna poprawiła się w stosunku do tej wcześniejszej? Ktoś powie: jest za wcześnie. Nieprawda. Mija rok pracy Włocha w Madrycie. Wyniki go mimo wszystko bronią, ale styl gry już nie. Za brak stylu dwa razy wyleciał Capello, który dwukrotnie dał Realowi ligowe mistrzostwo. Ancelotti nie wyleci, bo to ulubieniec prezesa Florentino Peréza, zresztą sam nie jestem zwolennikiem zwalniania szkoleniowców po jednym sezonie. Może jeszcze wygramy trofea i będę musiał odszczekać krytykę? Chciałbym jednak, by moja ukochana drużyna z najlepszym atakiem w swojej historii grała znacznie lepiej. Bym zamiast przeżywać „półfinał wstydu” mógł świętować „finał chwały„. Ten pierwszy finał już za tydzień – w Walencji na Estadio Mestalla walczymy z Barceloną o Puchar Króla. Panie Ancelotti – po dwóch porażkach pora na pierwszą wygraną z odwiecznym rywalem.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: