FISH A Feast Of Consequences

Fish Feast Consequences recenzjaFISH
A Feast Of Consequences
2013
altaltaltaltalt

Fish – wielki drwal ze Szkocji dysponujący bardzo mocnym, charakterystycznym głosem, jest niezwykle lubiany w Polsce. Były wokalista Marillion przyjeżdża do nas często i chętnie. W październiku na 8 koncertach będzie promować swój najnowszy album, wydany po 6-letniej przerwie A Feast Of Consequences. Przyznam, że z dużą obawą sięgałem po ten krążek. Głównie dlatego, że bardzo lubię tego sympatycznego faceta, ale muzycznie mam sentyment tylko do czasów wczesnego Marillion. Jego późniejsza kariera była mi, delikatnie mówiąc, obojętna. Facet nagrywał kolejne piosenki, nieźle się przy tym bawiąc, ale to nie było to samo. Sam głos to za mało – brakowało wielkości materiału znanego ze Script For A Jester’s Tear czy Fugazi. Zresztą nowy Marillion z łkającym i zawodzącym Hogarthem też mi nie podchodzi. Postanowiłem jednak ocenić nową płytę Fisha bez oglądania się wstecz, bez wracania do czasów zespołu, bo wtedy nie byłbym w stanie jej zaakceptować. A to byłby spory błąd bowiem Fish nagrał naprawdę dobry album. Może nawet najlepszy w swojej całej karierze?
   „Po 2007 roku, po nagraniu albumu 13th Star, było naokoło mnie tyle ciemności i mrocznych fal, że musiałem cofnąć się do akustycznych brzmień”. Rzeczywiście, sporo tu delikatnych, pięknych ballad i utworów opartych na gitarze akustycznej, jednak nie to jest główną siłą wydawnictwa, bo przecież takie piosenki bywały też na poprzednich krążkach. Fish zaproponował różnorodny, bogaty muzycznie, pełen rozmachu album, z wyrazistymi i pełnymi emocji kompozycjami. Nie szukam odniesień do Marillion, ale one tu po prostu są, i to w sporej dawce. O tekstach nie muszę wspominać, bo te zawsze były mocną stroną Szkota, z kolei bogata oprawa graficzna Marka Wilkinsona to także nic nowego – polecam zwłaszcza wersję deluxe płyty, zawierającą 100-stronnicową książeczkę z jego grafikami oraz dodatkowe DVD.
   Zaczyna się bardzo delikatnie – dudy i gitara akustyczna wprowadzają do barwnej, 11-minutowej (!) kompozycji Perfume River, która rozwija się niczym pasjonujący film. Elektronika, gitara elektryczna, nieśmiałe bębny, spokojny głos Fisha, coraz szybsze tempo, by pod koniec zwolnić i przy wtórze bijącego serca odegrać dynamiczny finał. Wow! Zaraz potem singlowy All Loved Up, który wypada dość blado na tle poprzednika. Szybki, rockowy numer, do zapomnienia zaraz po wybrzmieniu. Z akustycznych ballad polecam ozdobionym kobiecymi chórkami The Other Side Of Me, lecz prawdziwe magnum opus płyty stanowi suita High Wood – złożna z 5 części opowieść o wojnie i jej konsekwencjach. To bez wątpienia największe dzieło Fisha. Pół godziny wielkiej muzyki, z dęciakami, skrzypcami, potężną sekcja rytmiczną i świetną gitarą Robina Boulta, który zastąpił Franka Ushera. Każda część ma swój urok, jest tu trochę patosu, ale podniosły ton pasuje do tematyki, a rockowy wykop Thistle Alley czy High Wood budzi mój szczery podziw. Nie pamiętam takiego Fisha. Chcę takiego Fisha! Nawet jeśli potrzebuje 6 lat, by tworzyć tak wspaniałe kompozycje, zróżnicowane, potężne i kipiące od emocji, to warto tyle czekać. Duże brawa i zasłużone 4 gwiazdki.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: