BEADY EYE Be

Beady Eye Be recenzja Liam GallagherBEADY EYE
Be
2013

altaltaltaltalt

Nigdy nie rozumiałem fenomenu niebywałej popularności grupy Oasis. Histeryczne uwielbienie, jakim cieszyła się na Wyspach, nie miało żadnego uzasadnienia w prezentowanej muzyce. Moim zdaniem oczywiście. Może gdybym był Anglikiem, inaczej rozumiałbym ich dokonania i doceniłbym twórców britpopu – nurtu czerpiącego garściami z klasyków lat 60. (The Beatles, The Kinks) i 70/80 (The Jam, The Smiths, The Stone Roses). Tak czy inaczej nie płakałem po rozpadzie zespołu i niespecjalnie byłem ciekaw, jak dalej potoczą się losy braci Gallagherów. Pierwszy ocknął się Liam i w 2009 roku wraz z byłymi członkami Oasis założył Beady Eye, zaś ten bardziej zdolny Noel dopiero 2 lata później odpowiedział swoim High Flying Birds. Muzyka obu panów nie porwała mnie, podobnie jak wcześniej Oasis – w końcu kompozytorzy się nie zmienili, więc nie oczekujmy cudów.
Nowy krążek Beady Eye przynosi pewne zaskoczenie. Jest znacznie ciekawszy od poprzednika, bardziej oasisowaty, delikatny i przede wszystkim genialnie wyprodukowany. Nic dziwnego, za konsoletą siadł mistrz David Sitek – to dzięki niemu brzmienie jest znakomite, zaś aranże nowatorskie, pełne dźwięków tła i rozmaitych dodatków (np. trąby). „Za sprawą Siteka otworzyliśmy się. To bez wątpienia najlepszy producent, z jakim kiedykolwiek nagrywałem. Gość jest zupełnie poza prawem. Żadnych reguł, z niczym się nie pieprzy. Wreszcie wzięliśmy się w garść. Z czystymi umysłami zabraliśmy się za ten materiał. Proces nagrywania w niczym nie przypominał tego badziewia z lat 90. To dla nas bardzo wyjątkowa płyta.” Jednak niewiele by to wszystko pomogło, gdyby kompozycje były marne. Nie są (no, może pół na pół, bo pod koniec wieje nudą). Od razu napiszę, że brak mi tu rockowego wykopu, z kolei jest za dużo gitary akustycznej i prostackich melodii, jednak ma to swój urok i klimat. Szkoda, że Liam nie spróbował czegoś nowego, jak Noel na swoim debiutanckim krążku, ale tym właśnie się bracia różnili – jeden komponował niezłe kawałki, a drugi się woził na nazwisku. Liam Ameryki nie odkryje, ale słodko do kotleta grać potrafi i ludzie to kupują. Wprawdzie mówił, że nagra historyczne dzieło, ale tym razem nie wyszło. Zresztą Liam zawsze zwykł mówić dużo, lecz rzadko z sensem.
Co na plus? Na pewno otwierający całość Flick Of The Finger z wykopem, dobrym tempem i dęciakami. Oparta na pięknej melodii piosenka Soul Love z pozytywnie odjechanym zakończeniem. Piękna ballada Start Anew z crimsonowskim klimatem w środkowej części. Równie urzekająca Soon Come Tomorrow. 7-minutowa kompozycja Don’t Brother Me – w sumie taka sobie, ale zapętlona końcówka wprowadza kapitalny nastrój. Jezu, same ballady wymieniam… Pisałem, że trochę wieje nudą, bo to wprawdzie ładne kawałki, ale ich monotonia zabija… To może na plus jeszcze psychodeliczna, wczesnofloydowska aura Shine A Light (w części instrumentalnej) – to nie ballada….
Podsumuję tak: nieźle jak na Liama. Nawet ostatnie krążki Oasis mniej mnie rajcowały. Owszem, w dużej mierze to zasługa tych smaczków dodanych przez Siteka, ale liczy się ostateczny efekt i ten idzie na konto Beady Eye. Dałbym 2 gwiazdki za zbyt liczne kołysanki i nagminne unikanie rocka, ale to w końcu britpop więc wszystko na miejscu. Spać się zachciewa przy tym krążku, lecz ponieważ przy okazji wymieniłem wielkie nazwy (Floydzi, Crimson…) – za to należy się trzecia gwiazdka. A co tam….
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: