NO ONE LIVES

No One Lives recenzja Luke EvansNO ONE LIVES
No One Lives

2012, USA
thriller, reż. Ry?hei Kitamura

altaltaltaltalt

Kilku degeneratów porywa podróżującą autostradą parę. Nie wiedzą, z kim zadarli…. Właściwie to cała fabuła tego slashera, w którym trafia kosa na kamień – zwyrodnialcy, zwykle grający pierwsze skrzypce w tego typu obrazach, tym razem muszą się zaciekle bronić, spotkali bowiem nie lada przeciwnika. Odwrócenie ról to duży atut tego dość przeciętnego filmu. Okrutnego mściciela gra modny ostatnio Luke Evans (m.in Szybcy i wściekli 6, Blitz, Trzej muszkieterowie 3D, Starcie tytanów), a gra całkiem przyzwoicie. Oczywiście reżyser Ry?hei Kitamura i scenarzysta David Cohen nie ustrzegają się typowego dla slasherów błędu: główny bohater jest nieśmiertelny, potrafi przeżyć wszelkie uderzenia, ciosy, a nawet strzały przeciwnika. Sam oczywiście jest niezwykle pomysłowy i efektywny: trup ściele się gęsto, są wyprute flaki i poderżnięte gardła. Jednym słowem klasyka, ale podana trochę inaczej. Poza wątkiem wyjątkowo wyrafinowanego psychopaty (sam przyznaje, że zabija, by utrzymać formę) pojawia się też drugi – zauroczenie (bo przecież nie miłość) ofiary swoim oprawcą. Porwana przez niego Emma ratuje mu życie, jednak potem nie waha się, gdy może mu je odebrać. Trochę to skomplikowane lecz dzięki temu intrygujące. Za tę inność i zwroty akcji należy się dodatkowa gwiazdka, bo bez tego byłoby raczej nudnawo.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: