QUEENSRŸCHE Frequency Unknown

Queensryche Frequency Unknown recenzja Geoff TateQUEENSRŸCHE
Frequency Unknown
2013
altaltaltaltalt

Najnowsze doniesienia z obozu Queensrÿche są niezwykle ciekawe. Ta istniejąca od ponad 30 lat amerykańska grupa grająca rock progresywny zwolniła w 2012 roku wokalistę Geoffa Tate’a, który występował w niej od samego początku (zastąpił go Todd La Torre z kapeli Crimson Glory). Ten niezadowolony z decyzji skierował sprawę do sądu, który do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia (jest spodziewane pod koniec 2013 roku) obu stronom konfliktu pozwolił używać nazwy zespołu. Muzycy zapowiedzieli swój nowy album na koniec czerwca, ale Geoff był szybszy – pod koniec kwietnia wydał krążek Frequency Unknown, opatrując go nazwą Queensrÿche i pokazując kolegom fucka z okładki. Zdenerwowany La Torre powiedział, że postępowanie Tate’a „nie jest dobre dla marki i nazwy Queensrÿche. Nie dodaje szacunku ani wiarygodności zespołowi, jest niedojrzałe, złe i głupie. Nie zamierzam uznawać tego albumu. To nie jest Queensrÿche! To my nim jesteśmy, a nie oni.” Nie pierwszy to i nie ostatni rozłam w historii rocka. Niektóre wychodziły na zdrowie obydwu stronom, a fani otrzymywali dwa dobre albumy zamiast jednego. Na razie panuje lekka konsternacja, a publika się wyraźnie podzieliła, bo przecież trudno sobie wyobrazić bez Tate’a dwa najlepsze (i właściwie jedyne godne uwagi) albumy grupy: Operation: MindcrimeEmpire. Ale kiedyś nie wyobrażano sobie Genesis bez Petera Gabriela, Marillion bez Fisha, Pink Floyd bez Rogera Watersa, itd. Jaki jest więc album Queensrÿche Geoffa Tate’a?
Pierwsze wrażenie po włączeniu Frequency Unknown nie jest najlepsze. To wina słabego, nieco archaicznego brzmienia. Jednak jeśli się z tym pogodzimy, to początek płyty zaskakuje pozytywnie. Promujący ją na singlu utwór Cold to dynamiczny wymiatacz, którego nie powstydziłby się żaden rockowy zespół. Potężny riff, ciężki bas, wyrazista melodia, niezły wokal – wszystko na miejscu. Zdecydowanie numer jeden albumu – w przenośni i dosłownie. Potem jest nieco słabiej, a momentami nijako i zbyt popowo-countrowo-tandeciarsko. Z tej całej muzycznej papki odcina się mocny Slave, z ciężkim i pędzącym riffem (szkoda tylko, że wokal trochę odstaje) i ciekawą, jakby doklejoną solówką gitarową pod koniec. Przydałoby się więcej podobnych ognistych piosenek. Niestety nie ma ich, a kompozycyjną mizerię mają uratować 4 ostatnie nagrania, będące coverami utworów z 2 najlepszych, wspomnianych wcześniej albumów. Pomysł kompletnie chybiony, bo pasują jak pięść do oka, nie wnoszą niczego w stosunku do oryginalnych wersji, które przecież wcale się nie zestarzały. Widocznie Geoff Tate nie miał czym wypełnić reszty krążka, a czas naglił, bo chciał koniecznie uprzedzić kolegów. Uprzedził, ale ostateczny efekt jego pracy nie bardzo przekonuje. Może dlatego wyleciał z kapeli? Poczekajmy, jak odpowiedzą panowie z właściwego składu Queensrÿche.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: