HOLY GRAIL Ride The Void

Holy Grail Ride Void recenzjaHOLY GRAIL
Ride The Void
2013

altaltaltaltalt

Po efektownym debiucie sprzed trzech lat metalowcy z kalifornijskiej Pasadeny wydali swój kolejny krążek, który nie ustępuje poprzednikowi, a w pewnych elementach nawet go przebija. Już na Crisis In Utopia zespół zaprezentował swoje atuty: dynamiczną sekcję rytmiczną, pełne wirtuozerii solówki gitarowe i mocny wokal Jamesa Paula Luny. Na najnowszym albumie grupa dołożyła potężne brzmienie, będące w dużej mierze zasługą Matta Hyde’a (znanego ze współpracy ze Slayer, Monster Magnet, Children Of Bodom) oraz znakomite, wyraziste melodie, jakich zdecydowanie brakowało na debiucie. Widać (a raczej: słychać) świetną współpracę Eli Santany z drugim, nowym gitarzystą Alexem Lee, który wniósł do zespołu sporo świeżości – ich dialogi są prawdziwą ozdobą Ride The Void.
   W muzyce Holy Grail dominuje dynamika, jest sporo agresji i brutalności, a jednocześnie lekkości i przebojowości rzadko spotykanej w thrashmetalowym światku. Zresztą, mniejsza o etykiety. Zwykle unikam grup thrashowych, bo muzyka rockowa to nie wyścig i nigdy mnie nie bawiło, że ktoś gra szybciej od innych. Holy Grail udowodnił, że heavymetalowa przebojowość uzupełniona o speedowe elementy może dać bardzo dobry efekt. Pod warunkiem, że melodie są udane. Na Ride The Void są i ani przez moment nie ma taryfy ulgowej (nie licząc niepotrzebnego, minutowego przerywnika pod koniec) – cały czas jest czadowo, mocno, szybko, brutalnie. Czy taka muzyka nie nudzi? Nie ma czasu się zastanowić, chociaż uczciwie przyznam, że pod koniec płyty utrzymane w podobnym rytmie piosenki zlewają się w jedną i nie sposób ich rozróżnić. Monotonia to wada wielu płyt thrashowych. Jednak Holy Grail zaraża słuchacza. Zniewala. Co z tego, że to już było, że to nic nowego, skoro wciąga i hipnotyzuje? Materiał jest dość równy i trudno coś szczególnie wyróżnić bo mógłbym wymienić niemal wszystkie kompozycje. Reprezentatywny jest już sam początek – następujące po krótkim wstępie utwory Bestia Triumphans (najdłuższy na płycie) i Dark Passenger dają dobry obraz całości. Tak będzie do końca. Może nie zawsze aż tak dobrze (finał płyty nieco kuleje), ale na pewno równie szybko i agresywnie. Mnie obok wymienionych najbardziej odpowiada kompozycja tytułowa, przebojowy Crosswinds oraz galopujący Too Decayed To Wait. Tak czy inaczej, Amerykanie spisali się na medal. Szczerze polecam.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: